Informacje praktyczne – podsumowanie

Po powrocie chciałem wrzucić tu kilka informacji praktycznych, które przydadzą się na pewno wszystkim, którzy lecą do Koktebel w podobny jak my sposób.

Po pierwsze: lotnisko w Kijowie (Zuliany)
Naszym zdaniem to lotnisko to jest absolutny dramat nawet jak na standardy Ukraińskie:
  • brak przechowalni bagażu!!! Kilka osób, które na nią liczyło musiało radykalnie zmienić plany…
  • brak sensownej poczekalni (bo te 20 miejsc przed telewizorem ciężko nazwać poczekalnią)
  • brak jakiejkolwiek infrastruktury żywieniowej (pięć automatów z kawą/batonikami działające na banknoty do 5 HR, bufet z super nieuprzejmą kobietą, który ma do zaproponowania piwo po 20 UAH, starą kromkę z serem za 10 UAH i kilka słodkich wafelków/batoników)
  • brak czegokolwiek w okolicy oferującego ciepłe jedzenie po 23:00. Najbliżej jest MacDonalds (kilka przystanków trolejbusem, który nie kursuje w nocy). Wcześniej stacja benzynowa (z nieczynną kawiarnią). Teoretycznie blisko jest kilka bufetów (ale wszystkie zamknięte w nocy i również w niedzielny poranek)
  • karaluchy spacerujące po całym lotnisku!!!
  • fatalny dojazd komunikacją miejską (po 23:00 a przed 7:00 nie zaobserwowałem żadnej marszrutki ani trolejbusu)
  • skandaliczny sposób wyładowywania bagażu z lotów wewnętrznych (Simferopol-Kijów) – bagaże są po prostu podwożone wózkami z samolotu do rampy na której czekają ludzie i trzeba się grzebać w tych wózkach w poszukiwaniu swojego dobytku!!! Zapomnijcie o jakimkolwiek taśmociągu!!! Walka!!!
  • mikroskopijna strefa wolnocłowa, mikroskopijna poczekalnie po kontroli paszportowej (lepiej zapuszczać się tam na ostatnią chwilę)
Jeżeli planujecie dłuższy nocny pobyt na tym lotnisku (taki jaki nam się przytrafił) to sugerujemy: zabrać jedzenie, zabrać picie, zabrać śpiwór aby położyć się na ziemi, wygodne ciuchy do spania, poduszkę pompowaną. A potem dokładnie sprawdzić czy nie zabieracie karaluchów do domu w bagażu…
Pozostaje mieć nadzieję, że przeniesienie się do Zulian Wizzaira rozrusza to straszne miejsce przed kolejnym sezonem…

Po drugie: kwatera

Miejsce, w którym spędziliśmy trzy tygodnie znalazłem na forum:  Kwatera (kontakt mailowy tam podany jak najbardziej aktualny, można przelać zaliczkę przez Wester Union)

Na zamieszczonej tam mapce (Mapka) ulica Gumiliewa to lewy górny róg. Około 25 minut do brzegu morza. Jak ktoś lubi spokój i ciszę – miejsce idealne, ledwie dociera tam jazgot nocnego życia Koktebela. Jak ktoś nie lubi spacerów – może być za daleko. Właścicielka bardzo kontaktowa, pomocna, chętnie porozmawia. Wszystkie sanitariaty sprzątane regularnie. W tym roku była tam specjalnie do tego zatrudniona dziewczyna, która cały dzień sprzątała, podlewała, dbała o gości.

  • Pościel zmieniana co tydzień
  • Ciepła woda na okrągło (węzeł sanitarny, prysznic, kuchnia)
  • Prysznic letni (z podgrzewanej słońcem beczki)
  • Drugi węzeł sanitarny (z zimną wodą)
  • Darmowy internet WiFi
  • Darmowe widoki na Kara-Dag :)
  • Miejsce na grill, parking
  • 2 minuty do najbliższego (nowy, czynny do późna) spożywczego, 10 minut do całodobowego supermarkeciku
  • Całość otoczona wysokim murem, drzwi na zamek szyfrowy
  • Za dwuosobowy pokoik (wejście z podwórka bezpośrednio do pokoiku zamykanego na kłódkę) płaciliśmy 15$ na dobę
  • Były też pokoje w domu i w drugim domu – nie znamy cen ale pewnie trochę drożej

Kilka zdjęć dla zobrazowania jak to wygląda:

 
 
 
Kwatera godna polecenia! Naprawdę!!!

We’ll be back!

„We’ll Be Back” (Arnold) aka „My tu, kurwa, jeszcze wrócimy” (Boguś)

Pora się zegnać z Krymem… Wieczorem jeszcze (mimo wiatru) niszcząc doszczętnie jedną zapalniczkę puscilismy nasz lampion pożegnalny nad morzem. Poszedł nisko, najpierw koło slomianych parasoli (ufff…), potem nad grupka siedząca nad brzegiem morza (co za entuzjazm wzbudził!!!), a potem już nad morze i wysoko, wysoko aż nie zgasl i wpadł do wody. Taki sobie kiczowaty symbol, ze my za rok tu wrócimy. Potem jeszcze odrobina muzyki na New Stage Koktebel (scena stoi caly czas i w weekendy ozywa dżezzującą muzyką) i powolny spacer do domu.
O poranku jeszcze tylko ostatnie pakowanie drobiazgów i wizyta z walizkami w sklepiku z winem Slonecznej Doliny na symboliczny stakan czerwonego i białego wytrawnego :) Pani Właścicielka kwartiry serdecznie nas pożegnała, dała wizytówki i prosiła o polecanie domku. Ja to na pewno będę czynił przy każdej okazji. Domek jest daleko od centrum… to gwarantuje 25 minutowy spacer od nadbrzeżnego deptaka ale tez gwarantuje ciszę i spokój w nocy. Jest tu wszystko czego trzeba do wakacyjnego pobytu. A „letni prysznic” jest genialny!!! Nic tak nie zmywa zmęczenia calodziennym upalem jak kąpiel w letniej wodzie i schniecie na sloncu :) . Z domu jeszcze dopisze wiecej szczegółów o samym domku i kontakcie z właścicielka. Jedyny minus to wstający o 7:30 ludzie i ich rozwydrzone dzieci. Wszyscy ryczą jak opetani nie zważając na innych. Ale na szczęście przed 9:00 znikają na plaże i zapada cisza. Taka to już natura mamuś i tatusiow, ze nie zwazaja na innych, którzy bez dzieci lubią sobie pospać do 10-11…
Teraz mkniemy klimatyzowanym Busem do Simferopola na nasz wieczorny lot do Kijowa. Oj! Zmienilo sie tu przez rok i to bardzo. Nowy tabor, lepiej dzialajacy dworzec, kierowcy uprzejmi i pomocni… Tylko kontroler biletów nadal patrzy i nie widzi „łebków”, ktorych sobie znalazł pan kierowca :) Tak tu juz jest, taka tradycja :) Zobaczymy czy tam będziemy jeszcze mieli sile/ochotę na oglądanie okolicy po zmroku… A rano – lecimy do domu.
I tu pora na kolejny hymn pochwalny dla kapitalizmu i żądzy zysku!!! Gdyby nie one to w życiu by nas nie było stać na przelot na dwa samoloty na wakacje. Gdyby polegać na (tfu!) państwowych instytucjach to byśmy musieli jechać pociągiem przez dwie doby a nie lecieć super drogim przewoznikiem w stylu LOT czy inna Lufthansa. Ave Kapitalizm! Ave Kapitalisci! Ave Wolny Rynek!!!
Ha! Okazuje się, ze jednak powroty z Krymu muszą być z niespodziankami :) W zeszłym roku nasz autobus się zepsuł („Maszinu złamałas”). W tym roku coś się popsulo z samolotami na trasie Symferopol-Kijow. Wszystkie przylatywaly z dużymi opoznieniami i oczywiście odlatywaly również z takimi samymi albo większymi :) Efekt jest taki, ze przed północą wylądowaliśmy na poczekalni „międzynarodowego portu lotniczego” Kijow-Zuliany. Już nie ma sensu pchac się taksówką do hostelu aby z rana przyjeżdżać tu znowu. Tak wiec czeka nas noc na poczekalni. W telewizji leci dokument o Valerym Leontievie. Jedyne bistro sprzedaje piwo po 20 Hrywien, automaty do kawy/czekolady nie przyjmują banknotów większych niż 5 Hrywien. Internet po 40 Hr za trzy godziny. Dobrze ze jest prąd w gniazdku przynajmniej :) To będzie długa noc… sam nie wiem co z tym zrobić.
Załapałem się na jakiś bokserski pojedynek na szczycie. Brazylijczyk kontra Rosjanin (powiedzmy… Czeczen z Groznego). Po 30 minutach reklam, grania hymnów, groźnych min Brazylijczyk przegrał w klasycznym Gołota stajl. Chyba jeszcze nie wie, ze przegrał po niecalej minucie. Usiadł na tylku i już nie wstał. A miało być 12 rund :) Golota jednak był pionierem chyba.

Burma Shave

Tom Waits napisał dawno temu taką piesn… Gdy podróżował z rodzicami jako dziecko ciagle widział reklamy „Burma Shave” i myślał ze to jest jakieś miasto a nie reklama maszynek do golenia. Wiec stworzył sobie w głowie obraz tego miasta gdzie nie było za wesoło („każdy ma już jedną nogę w grobie”).
Ja na zasadzie takich idiotycznych skojarzeń od razu zapamietalem nazwę jedzonka: бурма. Burma to jest „ciacho” podawane najczęściej na ciepło. Z mięsem i ziemniakami. Smakuje jakby ktoś zawinął w formę ciasteczka polskie łazanki i dodał ziemniaków. Pożeram to niemal co wieczór takie jest smakowite.

Ogórki malosolne – kupowane na sztuki. Zależy jak się trafi… Czasem są totalnie nie „przegryzione” jakby w zalewie wyladowaly dopiero przed 10 minutami. A czasem są po prostu boskie. Iść deptakiem i wciągac ogorka – to jest to!!!

Kukurydza gotowana – jedzenie proste i popularne również w
Polsce na które ja się nie dałem wcześniej namówić. Teraz będę katowal żonę żebyśmy często robili sobie ten smakolyk na obiad.

Marchewka – tutaj robiona pod postacią takich długich rurek z duża ilością czosnku i przypraw na ostro. Kupiliśmy już odpowiednia tarke i przyprawy. Ciekawe czy uda się odtworzyć efekt w Polsce

Sałatki – większość na bazie ryb. Od spodu ryba, na tym marchewka, buraki, smietana, czosnek. Mógłbym jesc to jako obiad. Kiedyś nawet o 22:00 dopadł mnie pasibrzuch i szukałem ale wszystkie „stołowyje” już były zamienione w dyskoteki i nie dawali :)

Bułki z owocami – nieważne gdzie, nieważne od kogo :) Robione na ciepło!!! Buleczka a w niej jabłka, mandarynki i coś jeszcze. Idealna przekaska jeżeli nie ma Burmy w okolicy :)

Szaurma Wostocznaja – kebab u nas to się nawet do tego nie umywa. Do placka leci dużo surowki, miecho z kebawowego opiekacza, sosy, przyprawy. Potem się to smazy przez chwile na rozgrzanej blasze i jeszcze jest polewane sosikami. Wychodzi soczyste i przepyszne.

Tararskie szaszlyki – wielkie kawaly miecha które skwiercza na żywym ogniu gdy spaceruje się deptakiem. Ten dym tak pachnie, to mięso tak kusi!!! Ciężko się oprzeć!!! Do tego grillowane ziemniaki, nadziewane serem pomidory, roladki z baklazanow… Drogo! Ale cholernie dobrze.

Czy po tym wszystkim będzie jakimś zaskoczeniem ze na ostatni urlopowy obiad idziemy do „tatarskiej” restauracji?

Naprawdę nie dzieje się nic #4

Niestety trzeba było dokonać dzisiaj najsmutniejszego zakupu w trakcie urlopu – biletów powrotnych z Koktebela do Simferopola na sobotę. To było dosyć zabawne jak wszystko tutaj :) W zeszłym roku była tylko jedna kasa czynna chyba do 16:00. Teraz kasy są dwie, jedna czynna do 20:00 :) W kasie tej obsługuje ta sama gwiazda co w zeszłym roku. Niezbyt uprzejma. Ale okienko ma na iście gwiazdorskim poziomie. Przy samej ziemi!!! Aby włożyć głowę do okna Jasnie Pani Kasjerki trzeba po prostu ukleknac na dwa kolana. No chyba ze się lubi wypinac do reszty kolejki w dziwnie unizonej pozie budzac powszechna wesolosc… Bilety mimo tych trudności kupiłem. Wiezie nas SimCityTrans, oni maja wypasne autobusy jak na tutejsze standardy. Widać ze się dużo polepszylo od zeszłego roku.
Nadeszła już pora na zakupy drobnych prezentów dla znajomych i rodzinki wiec rozpieprzamy kasę na lewo i prawo na różne drobiazgi. Nawet znalazlo się miejsce na wkusne winko dla pewnej parki… Mam nadzieje ze je dowieziemy.
Przy zakupie wina zabawny epizod – za krótki kabelek do terminala kart kredytowych powoduje ze ekspedientka prosi o podyktowanie PINu i obiecuje solennie ze go nie zapamieta :) Hardkor

A na poczcie przemila pani dopisala nam do karteczek „Polsza” bukwami obok „Polski”. Najpierw chciała byśmy sami pisali ale jak usłyszała jak się gimnastykujemy to sama się za to wzięła :) Ufff.

A teraz parę refleksji spisanych z leżaka na plaży dla golasów…

Największy problem jaki maja „tekstylni” z nagimi plazami polega na tym, ze im się wydaje ze to jest miejsce tylko dla atrakcyjnych ludzi. A to jest absolutna nieprawda! To jest plaża dla wszystkich tak samo jak każda inna. Tu po prostu przychodzą ludzie, którzy pogodzili się z własnym ciałem, akceptują je niewazne jak wyglada. Ciesza się sobą.
Na plaże dla golasów przyjdzie atrakcyjna 20 letnia kobieta ze swoim równie atrakcyjnym facetem. Ale przyjdzie tez 70 latka za gigantyczna nadwagą i da się zaprosić pod parasol przez równie wiekowego i otylego pana. Przyjdzie tez chudzielec około czterdziestki pchajacy wózek inwalidzki ze swoją żona, która mimo bezwladnych nóg chce zasmakowac słońca w pełni. Przyjdzie i mama ze spiacym oseskiem przyssanym do piersi. Przyjdzie tez nieznosny miłośnik disco ze swoim sprzętem grającym. Po prostu normalny przekroj ludzi.

A dziwnie to tutaj wyglada kobieta o sztucznych piersiach, bo jest nienaturalna. Albo człowiek w rowerze wodnym pływający blisko plaży aby poogladac golasów. To są dziwaki :) To oni odstaja od normy.

Trzy fazy pobytu na plaży dla naturystow/nudystow:

- lapczywe oglądanie innych nagich ciał, porownywanie się z nimi, ocenianie siebie i innych
- przyzwyczajenie do otoczenia, wtopienie się w tłum i najnormalniej w świecie zapominanie o własnej nagosci.
- zdziwienie na widok kogoś kto chce opalac się w stroju/gatkach. Zdziwienie na widok kogoś kto obnosi swoje odsloniete plecy ze śladami po opalaczu wieczorem na deptaku. Uznanie stroju Ewy/Adama jako jedynego naturalnego stroju do opalania.

I faza trzecia zostaje na całe życie. Bo nagosc jest po prostu naturalna. A człowiek zrzucajac z siebie ciuchy staje się bliższy temu czym jest. Ma mniej środków do kreowania siebie jak to teraz jest w modzie. Ludzie nadzy łatwiej w sobie budzą dziecko, które po drodze gdzieś zgubili. Cieszą się słońcem, woda i zabawą bez skrepowania.

To pisałem ja! Golasowy neofita :)

A teraz śpiewa Spięty:

Pyrgnął amorek mi miejsce na chmurce
Nóżki nam dyndają w ozonowej dziurce
W nocy strącimy dwie gwiazdeczki z procy
A jutro rowerek wodny i może na kocyk

Z compadre też chcę napić się oranżadki
Podglądać syrenki, cycuszki jak z watki
Podglądać cycuszki nim kapitan „Duże Be” nas zgani
Taka ładna pani a do nas ani-ani

Cacy cacy nam dziś dzionek Bozia dała

W górę rączki i tany-tany
Bozia rulz
Ale to metale Pany

Szkoda, ze Cię tu z nami dzisiaj nie ma
Kurde!
Szkoda, ze Cię tu z nami dzisiaj nie ma..

Wieczorem – dla ochlody spacerek po nocnym deptaku. Morze jak tafla szkła, ludzie puszczają lampiony które majestatycznie suną w dal. W barach dyskoteka na całego, tancerki w kustch spodniczkach i niebotycznych szpilkach zapraszają do wejścia. Obok – męski striptiz (uciekł nam, cholerka) własnie się konczy. Jeszcze dalej dziewczyny przy rurze tańczą na blacie w supermalym lokaliku. Jednym słowem -normalka :)
Obok tego: mamy z wózkami, dzieciaki robiace sobie tatuaze, hektolitry piwa, wina i słabych drinkow.
A my standardowo idziemy w kierunku naszej plaży. Ktoś się kapie w totalnej ciemności, ktoś śpi na kamieniach, ktoś urządza piknik (wino i piwo) w większym towarzystwie. Tutaj jest znacznie spokojniej… W „Calypso” przygrywa zespolik. Wydaje się, ze najlepszy z wszystkich jakie tu słyszeliśmy. A może to efekt wypitego na deptaku alkoholu? Nieważne. Podoba się nam, stoimy dłuższy czas trochę spiewajac z wokalistą. Zabawnie to brzmi jak po coverze jakiegoś anglojezycznego zespołu (całkiem ładny angielski, bajdełej) człowiek słyszy „Balszoje Spasiba” :) a potem kolejny kawałek już spiewany jest po rosyjsku choć oryginał na pewno był angielski…

Chwiejnym krokiem wracamy do domu. Coraz mniej czasu nam zostało. Dzisiaj trzeba się zacząć pakować. Ale najpierw na plaże!!!

Wycieczka do Ai Petri

Jedziemy sobie busikiem własnie do pierwszego punktu naszej wycieczki. Mamy dzisiaj nastukac niemal 450km tym busikiem. Wygodny jest tylko droga już w przeciwna stronę niż do Kerczu, na zachód. A to oznacza wiecej gór wiec nie pospimy za bardzo. A szkoda bo zaczęliśmy pobudką o 6:20 :(
Na szczęście dzisiaj jest normalna przewodniczka. Strasznie przejeta swoją rolą opowiada nam o przyrodzie i o historii a nie o Sowietskoj Rodinie :) Nawet jak się odnosi do tego co się działo w czasach Sowieckiej okupacji to robi to inaczej niż poprzedni przewodnik. Pojawia się zwrot „sowietskij pieriod” i potem wyjaśnienie co było. Na przykład likwidacja zenskiego klasztoru i stworzenie tam sowchozu, który nazywano „bezboznym”.
Teraz mkniemy w kierunku Jalty trasą po której smigaja trolejbusy na odcinku 80km. Imponujaco!! Minelismy monumentalny Czatyr-Dah i pojedziemy do pierwszego punktu wycieczki.

1) Palac Liwadijski. Najważniejsza rzecz jaka przytrafila się temu obiektowi to Konferencja Jałtańska. Dlatego całe piętro poświęcone jest temu wydarzeniu. Można sobie obejrzeć sypialnie, jadalnie, pokój dzienny Roosevelta. Można obejrzeć wiele zdjęć znanych chyba każdemu a przedstawiających trzech panów którzy dzielili powojenną Europe. Z „Polakow” można zobaczyć Bieruta. Czad :)
Na drugim piętrze ekspozycja dotyczy już normalnych właścicieli tego domku letniskowego – rodziny carskiej. Brakuje wyraźnie eksponatów. Większość to zdjęcia a raczej ich kopie. Ponoć car był wielkim milosnikiem fotografii. Nawet można obejrzeć jego wypasnego Kodaka z mieszkowym obiektywem i reklamy sprzętu z tego czasu. Jest sliczny portret czterech młodych Romanownych i duże zdjęcie całej rodziny zrobione niedługo przed tym jak kolejna europejska tyrania postanowiła wcielic w czyn teorie eugeniczne i dla zatarcia złych genów zabić wszystkich łącznie z małymi dzieciakami. Jedyne co zostało im na pocieszenie to beatyfikacja w 2000 dla całej rodzinki ze strony Cerkwii. Wcale bym się nie zdziwiło gdyby okazało się, ze deficyt eksponatów to również konsekwencja działań władzy ludowej, która w walce o nowy wspaniały świat tepila nie tylko ludzi ale i ich własność. Budynek się ostal :)

2) Aj Petri – nasz główny cel podróży! Wszystko inne to cele drugorzędne a nawet zbędne :) Na początek przykra niespodzianka – stoimy w kolejce do kolejki a nie wchodzimy tak jak niektóre grupy zorganizowane osobnym wejściem. Z dobre 45-60 minut nam zeszło w tym ogonku. Jako ciekawostke można było sobie obejrzeć interesujące rozwiazanie – wielkie wentylatory do których doprowadzono wodę tak aby zamiast mieszać gorące powietrze, rozpylały przyjemną bryze. Instalacja wodno-tryskaczowa była chyba oparta na elementach normalnie służących do instalacji koncentrycznych kabli antenowych :) Ot, ciekawostka. Ale bardzo skuteczna. Inaczej byśmy chyba umarli w tej kolejce.
Kolejka przerob ma niezły! Do wagonika wchodzi około 30 osób i przyjeżdża on co 5-6 minut. Potem zasuwa z prędkością 8 m/s do środkowej stacji na wysokości około 500m by z tamtego miejsca poganiani przez pracownikow i straszna kobietę która krzyczy do mikrofonu „szybciej, podawać bilety, nie zatrzymywać się” a te wrzaski mikrofon przekazuje do glosnika na jej brzuchu i z tak dziwnego miejsca docierają one do pasażerów, przesiasc się na drugi etap. Ten już wspinajac się po skale bardzo ostro zawozi nas na te 1200 metrów wzniesienia. Nie jest tak strasznie jak się spodziewaliśmy, wagoniki miękko ruszają i hamują. Przy przetaczaniu się przez poszczególne słupy trzymającej liny trochę trzęsie ale jest całkiem przyjemnie. Wagonikow nie upychaja na maksa (szok! Nietypowo) wiec każdy może sobie popatrzeć przez okno. A jest na co! Na dole morze, środkiem las, na górze lyse skały. Sielsko.

Niestety pierwsze wrażenie na górze jest zaprzeczeniem tego z wagonika. Od razu wpada się na bazar/dyskotekę z koszmaru. Na ręce stawiają ci dzikie ptaki do fotografowania, sprzedawcy jedzenia atakują jakby chcieli oddać ci własna wątrobę, a propozycje przejazdzki konnej niesie w sobie tyle negatywnych emocji co propozycje Don Corleone. Nic nie pomaga! Ucieczka, mówienie „nie”, ignorowane. Wszystko powoduje ze propozycje stają się jeszcze bardziej halasliwe i namolne. Ja rozumiem, ze to taka tradycja ale w Koktebelu czy Sudaku dzieje się to w sposób cywilizowany. Na Aj Petri miałem wrażenie ze cała góra to banda cwaniakow szukających frajerow do naciagniecia. Dlatego ucieklismy w bok… na ścieżkę wiodaca na sam szczyt góry. Na obiecane 1234 metry npm. I tam już jest cudownie! Spokój, w duzej części zacieniona wspinaczka po wyslizganych kamieniach a na końcu nagroda – tabliczka z wysokością i piękne widoki aż do samego morza. Tak można wypoczywac! Mimo tłoku jest bardzo przyjemnie. Trochę chlodniej niż na dole, ale wciąż w prazacym słońcu. Nie spieszylo nam się do rozwrzeszczanego „centrum” góry wiec pospacerowalismy jeszcze po drozce po której chodziły/biegaly koniki, które wynajmowali rozwrzeszczani; dotarlismy do wejścia do jaskini i powolnym spacerkiem doszliśmy w czasoprzestrzeni do miejsca gdzie kończył się czas wolny naszej wyprawy. Tym razem przewodniczka już nam trzymała miejsce w kolejce wiec niemal z marszu spuściliśmy się na dół. Równie przyjemnie jak w gore. Bez żadnych efektów specjalnych, których tak bała się Małżonka :)

3) Jaskolcze gniazdo – tym razem bez podchodzenia do niego, tylko z tarasu widokowego. I dobrze bo byliśmy tam rok temu.

4) Jałta – tu tez byliśmy poprzednio wiec bez emocji przespacerowalismy się po nadmorskim deptaku. Od Lenina do rzeczki i spowrotem. Nic się nie zmieniło. Nadal to nie jest miasto na urlop dla nas. Deptak pełen sklepów z odzieżą, brak wina na rozliw poza kilkoma podejrzanymi miejscami, plaża wąska i brudna (Pety! Wszędzie pety! Na brudnym piasku!). Nawet piwa lanego do kubkow za bardzo nie było. Pewnie miło tam jest sobie wieczorem pospacerowac ale to nie to co zatloczony deptak w Koktebelu. Gdzie w tej Jalcie zapachy jedzenia, dymu z grilla, stragany z badziewiem? Zamiast tego – sklep Adidasa. Wiemy już na 100% ze Jałta to nie jest „nasz” Krym, tak samo jak Kercz. „Nasz” jest Koktebel i tak już zostanie :) Z Jalty mamy dwa wytrawne winka od Massandry – ponoć najlepszy winzawod na Krymie. Sprawdzimy.

Teraz wracamy z zabojcza prędkością do domku. Około 22:00 mamy być na miejscu. Drogi opustoszaly, kierowca zaiwania jak szalony. Jedzie z nami dziewiecioosobowa rodzinka. Cała wyposażona przez Apple :) Dzieciaki maja iPody touch (ze trzy widziałem), mamusia iPhone 3G (oczywiście w fatalnym guscie ma do tego obudowe – ale tu wiadomo: im bardziej pstrokato, złoto, odpustowo – tym lepiej), a u tatusia chyba mignal mi iPhone 4. Niezły wynik jak na jedną rodzine!

Gadżetów tu generalnie jest wiele. Ciężko przyjść na plaże i nie zobaczyć kilku Kindle w rękach plazowiczow. Czasami parki mają nawet po dwa i sobie czytają na kamieniach swoje książki.

A skoro już jestem przy plaży to ważna sprawa. Miedierapan to małża. Tak wiec moja żonka wsuwa ze smakiem małże smażone na patyczkach jak szaszlyczki. Od początku tak zreszta mówiła :) Spytalismy sprzedawcę co to jest miedierapan ale raczej udzielał odpowiedzi na zasadzie „koń jaki jest każdy widzi”. Używał innych niezrozumialych wyrazów choć powiedziałem mu ze my nie kumamy za dużo po ichniemu :) Na szczęście sąsiad obok nam wytlumaczył trochę ręcznie pokazując najpierw wirtualną perłę na naszyjniku a potem otwierając ręce jak muszelkę. Solidarność golasów górą!!! Od tego momentu gdy mówię słowo „Małżonka” znaczy ono już coś innego niż wcześniej :)

Ale suszone kalmary – nie! Jednocześnie slone i słodkie, bez sensu. To już lepsze sucharki o aromacie kawioru. I sledzie w oleju jedzone nocą pod tutejsze porto !

Previous Older Entries

Twitter Updates

  • Chyba brałem udział w pochodzie debili zwanym protestem przeciw cenom benzyny!!! Jakieś tępe ch... jechały 20 km/h a ja za nimi tak samo. 5 hours ago
  • My Top 1 #lastfm Artists: Lao Che (21) http://t.co/lK2PZOrB 1 day ago
  • W jakim miejscu jest "gotowość do dymisji" w ciągu: "złożyć dymisję", "powiedzieć, że się złoży dymisję", "powiedzieć:mam dość" na piwie? 1 day ago
  • Dziedziczakowi to się należy nominacja do "złotych ust" a nie nagana, To co zrobił to jest klasyka ciętej riposty. Touche!!! 1 day ago
  • Stefan specjalizuje się w definiowaniu kto jest idiotą. Wczoraj profesorowie od Macierewicza, dzisiaj anty-ACTA. Ma kompetencje do tego... 2 days ago
Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.