Kanały:
Wpisy
Komentarze

Tori Amos i Foy Vance

Stało się, Tori Amos po raz kolejny postanowiła odwiedzić Polskę z koncertami. A jak Tori przyjeżdża to nie ma zmiłuj, na koncert wybrać się należy. A że tym razem koncert odbywał się nie tylko w Warszawie (poprzednio byłem w paskudnej Kongresowej, koncert był wspaniały ale wizyta w Warszawie jak zawsze, traumatyczna), albo w Poznaniu (tam było okropnie zimno i zaczęło się po dwóch godzinach stania w ogonku w tym okropnym zimnie), a w Zabrzu (w miarę blisko, choć miasto też hm… dziwne) to tym bardziej obecność była obowiązkowa. No więc stawiliśmy się zgodnie z napisem na bilecie o 18:00. W środku okazało się, że wita nas taki oto milutki komunikat:

Miałem okazję stać koło tego napisu i powiem krótko: Państwo Organizatorstwo! Własnych klientów się nie robi w trąbę. Wystarczyło napisać, wysłać maila, cokolwiek zrobić abyśmy się wszyscy na miejscu nie dowiedzieli, że macie nas głęboko w dupie. I nie musieli na gwałt organizować alternatywnego powrotu do domu bo po 23:00 z Zabrza do cywilizacji (Katowice) ciężko jest dojechać czymś innym niż pociąg o 01:00 w nocy. Szczególnie jak się nie zna miasta i nie wie gdzie szukać. Jak już posłuchałem życzliwych komentarzy przy napisie, to przeczytałem kolejny:

Tak właśnie! THIS IS POLSKA! Jak zapłaciłeś frajerze i pan ze skanerem zczytał ci barkoda z biletu to nie licz, że będziesz mógł wyjść na zewnątrz po bułkę, która miała być na powrót do domu ale musisz ją zjeść bo się koncert przesunął o 2 godziny… A jak sobie kupiłeś piwo to też nie licz, że pójdziesz siknąć… bo sikanie jest za panem z czytnikiem a piwo przed panem z czytnikiem. Więc albo pijesz (bo z butelką nie wejdziesz na koncert, przecież mógłbyś rzucić w Tori, Polska to kraj frustratów) przez panem z czytnikiem albo sikasz za panem z czytnikiem i nie wracasz po kolejne piwo. Polityka antyalkoholowa, krucabomba :)

A jak już chcesz siknąć to masz szczęście jak to robisz na stojąco bo jak nie to kolejka do kibelka wygląda tak:

No dobra! nie przyjechaliśmy tutaj marudzić na partaczy z LiveNation, nie? Przecież jesteśmy tu dla muzyki. A skoro Tori przytaszczyła kogoś ze sobą to chyba warto dać mu szanse, bo raczej chłamu nam nie zaproponuje… Pora więc zająć miejsce w naszym rządku blisko sceny i poczekać na support.

Support nazywa się Foy Vance i wygląda na scenie bardzo niepozornie, mniej więcej tak:

Wszedł taki mocno wymięty w kapeluszu na scenę, ruszał się trochę pokracznie, jakby mu pudło od gitary ciążyło. Zagadał parę słów po polsku z karteczki i zaczął grać. Ale zaraz zaraz… co jest? Przecież on jest sam a ja słyszę kilka instrumentów. No tak. Na stoliku miał macbooka, jakieś sequencery, sterowane to wszystko pedałami na ziemi. No i na żywo nagrywał sobie te loopy, tu coś wyszeptanego do mikrofonu, tu coś wystukanego na pudle, tu jakaś basowa linia na gitarze. I dopiero do tego zaczął grać i śpiewać. I to było wielkie. Już sam fakt, że ta muzyka “robiła” się na naszych oczach i w uszach, co chwilę dopełniana kolejnym loopem był czymś niespotykanym. Do tego jeszcze facet ma bardzo mocny głos. A pierwsze nagranie wyglądło mniej więcej tak: Be with me. Smakuje to jak nowe nagrania Toma Waitsa, tyle że to nie jest jakaś bezczelna zrzynka. Facet ma swój styl, mnie kupił od razu od tego pierwszego utworu. A potem było już coraz lepiej. Brawurowa wersja Back in Black na gitarę akustyczną (struna pękła w gitarze, trzeba było użyć drugiej), kolejny utwór przywodzący na myśl najlepsze kawałki Petera Gabriela z fragmentami granymi smyczkiem na gitarze. No facet jest wielki, poważnie! Zresztą! Ktoś kto na koncercie odchodzi od mikrofonu i zaczyna krzyczeć do pudła rezonansowego swojej gitary tak aby go było słychać przez przetworniki – musi mieć coś do przekazania.

Szczerze i zdecydowanie polecam! Jak w komentarzach na Allegro.

Aktualizacja:

Polecam przekomiczny wpis Foya Vance na jego blogu: Zabrze oczami “człowieka zachodu”.

Po tym wstępie pozostało nam już oczekiwanie na danie główne dzisiejszego wieczoru…

Danie główne wyszło w miarę punktualnie i wyglądało bardzo smakowicie :) Tori była ubrana w białe obcisłe spodnie (z brokatem) i na to miała założoną sukienkę z brokatem i oczywiście białe błyszczące szpilki. Dowiedzieliśmy się, że jedną z najmocniejszych stron Polski są jej mieszkańcy. Ciekawe czy to zwykła kurtuazja czy coś więcej. Ponoć Tori z zespołem przed koncertem była dzisiaj w Oświęcimiu, tak podsłuchałem od kogoś zorientowanego przed wejściem na salę…

Zaczęła od “Give” z najnowszej płyty a potem już było dużo mieszania na zasadzie stare-nowe-stare-nowe.

Jest coś niesłychanie erotyczno-siłowego w tych jej występach. Zawsze gdy się na nią patrzę, zastanawiam się czy ona ze swoim fortepianem uprawia seks czy zapasy. Dr House, widząc takie sceny powiada “my penis is confused” i coś w tym jest. Widzi się na scenie mocno rozerotyzowaną kobietę, która nie stroni od wprost seksualnych gestów, by zaraz po tym widzieć w niej dziewczynkę, która tak wspaniale się bawi swoimi zabawkami, że zapomina o tym, że z zapartym tchem patrzy na nią kilkaset osób. Mija kolejne kilka minut i następuje ten siłowy element koncertu, gdzie wydaje się, że dochodzi do pojedynku, w którym nie ma miejsca na branie jeńców. Zwycięzca może być jeden – albo ona albo jej instrument. Tori zamienia się w jakiegoś szalonego pianistę sprzed wieków, brakuje jej tylko peruki z lokami i rękawów z koronkowymi zakończeniami. I nagle! Trach i znowu zaczyna się pojawiać erotyzm w jej relacjach z fortepianem. Pręży się na krzesełku nie mogąc się zdecydować, który instrument w danym momencie jej bardziej potrzebuje, podnosi się, znowu siada, zakłada nogę na nogę na dwie sekundy by potem postawić stopę koło klawiatury na pół sekundy. Tańczy jak tancerka na rurze, tyle że zamiast rury ma fortepian.

Głupie to co pisze? Może! Jak ktoś ma lepsze porównanie to bardzo chętnie przeczytam.

Najmocniejszy moment koncertu? Dla mnie to oczywiste: “Lizard Lounge”, chłopaki sobie poszły, została Tori i jej fortepian. To jest ten moment gdy słychać wszystko, każde sapnięcie, mlaśnięcie, oddech. Robi się intymnie. Ja wtedy zostaje sam na widowni, reszta znika. Wtedy zaczyna się ta najbardziej bezpośrednia relacja z jej muzyką. Jest tylko Ona i nic więcej. To jest tak intensywne, że po dwóch kawałkach gdy wróciła reszta zespołu (perkusja i gitara) miałem ochotę ich wygonić. Sorry panowie ale dla mnie Tori mogłaby zagrać cały koncert bez was. Ja bardzo czekam kiedy ona przyjedzie sama ze swoimi zabawkami… Choć to co się wydarzyło zaraz po tym gdy wróciliście, czyli “Power of orange knickers” było również bardzo dobrym momentem koncertu. Albo może ja po prostu tak bardzo lubię “Beekepera”, ten album jest jak ciepłe wełniane rękawiczki i grzane wino w zimie…

Może za dzień, dwa dorzucę tu jeszcze kompletną setlistę. Choć sam nie wiem czy to ma sens, wszak to nie jest aptekarski przepis tylko “emocjonalna pocztówka”. Skoro był najjaśniejszy element koncertu, pora tez na najciemniejszy – to zdecydowanie “Raspberry Swirl” w tym straszliwym wykonaniu na bis. Od pierwszego usłyszenia tej przeróbki na jakimś singlu, mam do niego awersję, to jest tak prostackie “umc-umc-umc bejbe” że miałem ochotę wyjść… Ale potem było znacznie lepsze “Big Wheel” na koniec, kilka machnięć łapkami do publiki (tak machają małe dziewczynki a nie dojrzałe kobiety) i skończyła się słodycz.
Aktualizacja:
Posłuchałem sobie całej setlisty na spokojnie w domu (ech ta nowoczesna technika, iTunes, internet i już) i jeszcze mnie naszło kilka spostrzeżeń pokoncertowych:
.
– “Take to The Sky” – wspaniałe, mocno energetyczne wykonanie. W odróżnieniu do strasznego “Raspberry Swirl”. Prawdziwy czaaad jest w tym kawałku a nie tylko jazgot i hałas jak z dyskoteki. Zresztą “Take to The Sky” to był chyba pierwszy kawałek które autentycznie porwał publikę na tym koncercie…
.
If you don’t like me just a little
Why do you hang around
(There she goes again
Wearing those purple panties
There she goes again
Wearing her heart
There she goes again)
Why do you
Take it
You can say it one more time
You can say it one more time
You can say it one more time
What you don’t like
Let me hear it one more time then
Have a seat while I
Take to the sky.
.
– “Precious Things” – ekstatyczna reakcja żeńskiej części publiczności przy słowach: “So you can make me cum/That doesnt make you Jesus.”. Zastanawiające…
.
.
.
Do następnego koncertu.
.
.
.
Znalazłem setlistę w sieci więc od razu wklejam:

1. Give

2. Beauty Of Speed

3. Cornflake Girl

4. Little Earthquakes

5. Juarez

6. Black Dove (January)

7. Girl

8. Starling

9. Take To The Sky

10. Liquid Diamonds

11. Carbon

(Lizard Lounge)

12. “She Is Everywhere” improv / Ophelia

13. Mother

(band)

14. Purple People

15. The Power Of Orange Knickers

16. Fast Horse

17. Precious Things

18. Strong Black Vine

(Encore)

19. Raspberry Swirl

20. Big Wheel

Starsze wpisy »