Podsumowanie wyjazdu wakacyjnego 2017

jak zwykle – zaległy wpis podsumowujący naszą tegoroczną wyprawę:

  • pedałowaliśmy (w rozumieniu pokonywania szlaku a nie jeżdżenia po okolicy) przez 9 dni
  • przejechaliśmy 836 km (średnio 87km dziennie w dni pokonywania szlaku)
    na siodełkach spędziliśmy 49h 41m (średnio 5h 21m dziennie w dni pokonywania szlaku)
  • najmniejszy dystans dzienny to 51 km, największy to 129 km (w dni pokonywania szlaku)
  • noclegi kosztowały nas średnio 49zł od osoby za noc (Biorąc pod uwagę, że podróżowaliśmy częściowo w strefie jewro – nie jest tak tragicznie. Co ciekawe, najdroższy nocleg mieliśmy na Słowacji)
  • najtańsze noclegi za 37zł (namiot w Balatonakali) od osoby, najdroższe za 71zł (Bratysława)
  • wszystkie noclegi mieliśmy zarezerwowane wcześniej za wyjątkiem kempingu Balatonakali, z którym nie ma cywilizowanego kontaktu i tam musieliśmy wieźć namiot. Większość udało się znaleźć z wykorzystaniem serwisu booking.com, który daje radę całkiem przyjemnie. Tylko jeden nocleg okazał się dyskusyjny: „Vienna Travel Masters” – niby nic strasznego, ale jednak konwencja „hostelu samoobsługowego” jest nieco dziwna 🙂
  • w porównaniu do zeszłego roku jeździliśmy znacznie mniej (9 vs. 13 dni) ale taki był plan, to miał być w dużej mierze „plażowy” i stacjonarny wypoczynek.
  • detaliczna rozpiska całej trasy w załączonym pliku

Statystyka 2017

Poniżej wrzucam jak zwykle „klikalne” linki do miejsc noclegowych, z których korzystaliśmy. Szczegóły znajdują się w poszczególnych dziennych opisach, tutaj tylko linki:

Fun Cafe Cechova, Brzecław

Vienna Travel Masters, Wiedeń

Hotel Orlan, Bratysława

Penzion Ring, Komarno

Hostel Maria, Budapeszt

Naturist Camping Bereny, Balatonbereny

Naturist Camping Levendula, Balatonakali

Viktoria Panzio, Papa

Famulus Kollegium, Gyor

Hotel Jurki Dom, Bratysława

Penzion u Madony, Przerów

Reklamy

Na luzie, do domu

Zgodnie z planem, o poranku późna jak na nasze obecne standardy pobudka, szybkie „śniadanie” w hipermarkecie Albert (gdzie wszystkie produkty sprzedają Minionki w ramach promocji) i do pociągu. 
A tam najsympatyczniejszy konduktor świata! Chciał otwierać drzwi specjalne, dla niepełnosprawnych, byśmy mogli się wtaszczyć z rowerami przy wsiadaniu. Podziękowaliśmy, ale przy wysiadaniu skrzętnie z tego skorzystaliśmy. Zawsze to lepiej niż się przeciskać z tymi rogami na kierownicy przez wąski korytarz. Poza tym dostawał „pilne” zlecenia od koleżanek z peronów na stacjach gdzie stawaliśmy, np.: „to jest zupka do zawiezienia do Ostrawy”. I był bardzo uśmiechnięty i pomocny wobec wszystkich. W odróżnieniu od Pani z Kolei Śląskich w Chalupkach, która nawet na to, ze nie mam papierowego biletu strzelała fochem bo „ona tu nie ma zasięgu” 🙂

Sama Ostrawa, raczej niczego nie urywa. Ale o tym wiedzieliśmy po ostatniej wizycie. Szkoda tylko, ze “U Skákavého poníka” było zamknięte. Jechaliśmy w ciemno, bo co jak co ale gospoda z piwiarnią to w Czechach musi być czynna od wczesnych godzin. Niestety, otwarte od 16:00. Weekend, wypocząć trzeba a nie sprzedawać piwo i knedliki. 

Dlatego zwinęliśmy się z Ostrawy i wzdłuż rzeczki pojechaliśmy w kierunku Polski do Silherovic, gdzie kiedyś przepysznie zjedliśmy kaczkę na modrej kapuście. Niestety, knajpa zmieniła profil i serwuje tylko klasyki takie jak gulasz z knedlikami, do tego słabej jakości. „Dolni dvur” się nazywa, do zapamiętania na przyszłość by, niestety, omijać. 

W tamtych okolicach oczywiście nie ma innej możliwości, przed pociągiem trzeba pójść na piwo do „U Pepy” w Antosovicach. Kusiło by rozbić się z namiotem na tutejszej plaży dla golasów i zostać jeden dzień ale jednak zmęczenie, chęć przespania jednej nocy u siebie i na swoich warunkach oraz prognozy pogody na jutro utwierdziły nas w przekonaniu, że czas wracać. 

No to wracamy, pociągiem, który 80km pokonuje w dwie godziny, śmierdzi i jest starszy od nas. 

Do Katowic, sprawdzić co tam w polskim krafcie 🙂

Knedliki

Ostatni pełnowymiarowy dzień naszego rowerowego urlopu wypadł na trasę Bratysława-Brzecław. Sprawa była o tyle nerwowa, ze w Brzecławiu mieliśmy kupione bilety na pociąg do Przeszowa, gdzie mieliśmy nocleg. Wiec raczej przedłużenie podróży nie wchodziło w rachubę. Dlatego, bez miękkiej gry pobudka była o 06:30 by spokojnie uciec przed słońcem w południe i jak najwiecej natrząskać kilometrów nim dopadnie nas skwar. To się nawet udało bo w Brzecławiu byliśmy tak wcześnie, że bez problemu zjedliśmy genialne knedliki, popiliśmy piwa z lokalnego browaru (tym razem otwartego, „summer ale” rządzi w tą pogodę i w tych piwnych okolicznościach.)

Ale nim zaczęliśmy pedałować po drodze, trzeba było się wydostać z Bratysławy. I to był proces, którego ja totalnie nie rozumiem! Dzień wcześniej wjazd do miasta to była czysta przyjemność, wszędzie drogi dla rowerów, budki z piciem, spokojna trasa do miasta. A przy wyjeździe w innym kierunku – czysta Ukraina, zero infrastruktury, smród spalin, autobusy na grubość lakieru, koszmarne 15km. Było na tyle nerwowo, ze myśleliśmy, ze całe to wczesne wstawanie nic nam nie da i nie zdążymy na pociąg. 

Ale potem już było dobrze, co prawda wciąż wzdłuż drogi ale ruch malał z każdym kilometrem, pobocze szerokie i dość czyste, upał znowu jak cholera ale co robić, trzeba pedałować. 

No to tak pedałowaliśmy aż się nam udało dojechać na granicę Slowacko-Czeską w miejscowości Kuty. Ostatni postój u Słowaków, kolejny bar, w którym nie ma lanego piwa (!) ale jest Kofola (najlepszy izotonik na rower!) i jedzenie, które totalnie przegrywa z Czeskim (jakieś kulki z ryżu z piersią z kurczaka, raczej jedzenie które ma utrzymać czynności życiowe niż sprawić przyjemność). Dlatego pojechaliśmy dalej z pełną premedytacją, lepiej zgłodnieć i dostać nagrodę niż najeść się siena i z pełnym brzuchem jechać dalej. 

Na granicy – oczywiście stała się magia! Od razu po przejechaniu pod autostradą objawiło się miasteczko: Lanzhot. A tam zmiana klimatu o 180 stopni: piwo się leje z kranów, jedzenie w gigantycznej rozmaitości, pachnie to wszystko pięknie, kusi, chyba z pięć knajpek w samym „rynku” małej mieściny!

Nie wiem czy tak było zawsze, jeszcze za czasów Czechosłowacji ale mam wrażenie że Słowakom coś umknęło z tej radości życia „braci Czechów”. Ludzie w knajpach na rowerach, wesoła atmosfera, radość obcowania z otoczeniem z jednej strony, a jakiś taki smutek i „użytkowe” podejście do życia z drugiej. 

W Brzecławiu, po pysznym obiedzie i piwie wsiedliśmy w pociąg do Przeszowa. Godzina jazdy ichnim „elfem”, który cisnął nawet 140km/h z kilkoma przystankami i wylądowaliśmy w przypadkowej czeskiej mieścinie, która po prostu była na naszej trasie. 

A tam, impreza miejska na rynku. Piwo się leje, w winiarni nareszcie ktoś rozumie co to znaczy „pół litra”, hedonizm na całego. Spacer po wieczornej starówce, podziwianie rzeki, oglądanie ludzi – wypaśny wieczór. 

A do tego na scenie pojawiła się jakaś lokalna gwiazda, czterech wiolonczelistów z siłowni i perkusista, którzy chcą być jak Apocalliptica. Dawali radę! Lepsze to niż „Majteczki w kropeczki” w Sosnowcu 🙂

Nocleg bardzo zacny, a przede wszystkim z jedną dodatkową „promocją” w cenie! Można się wyspać do prawie dziewiątej bo rano nie trzeba już pedałować na maksa. Tylko spokojnie do pociągu i do Ostrawy! Ufff

Bratysława, czyli jak spieprzyć starówkę

Trudno się pisze z jednodniowym opóźnieniem ale wczoraj nie było czasu na pisanie wczoraj. Deficyt snu był niebezpiecznie wielki. Z racji panujących upałów i odległości do pokonania musieliśmy zarządzić w piątek pobudkę o 6:30. Dlatego teraz z pociągu do Przerowa piszę relację z podróży do Bratysławy 🙂

Z Győr udało nam się wyjechać dość szybko, bez komplikacji, szybko znaleźliśmy drogę na Bratysławę i praktycznie cały czas jechaliśmy drogą dla rowerów wzdłuż mniej ruchliwych dróg samochodowych. Pierwszy postój, dla bezpieczeństwa zrobiliśmy po 40km w mieście, którego nazwy nawet nie zobowiązuję się wypowiedzieć: Mosonmagyarovar (?). Dość sennym ale wypaśnym miasteczku, pełnym powoli snujących się turystów. Nie ważne! Było ciepło! Był cień! Było piwo! Czyli był tez odpoczynek. 

Potem już ciągnęliśmy do granicy węgiersko-słowackiej by wydać ostatnie forinty na jakieś zupki. Pogranicze wyglada dokładnie odwrotnie niż w Komarnie 🙂 Byliśmy po węgierskiej stronie ale wszyscy rozmawiali po słowacku 🙂 Miasto raczej z gatunku tych gdzie diabeł mówi dobranoc – Rajka. Za kontuarem pani, która raczej odstrasza niż zachęca do zakupów jedzenia 🙂 Ale nakarmili nas zacnie zupą cebulową i gulaszem z kluseczkami. W sam raz na dalsze pedałowanie i na ostatnie wydatki w forintach. Miasteczko: spalone słońcem, zero życia, w knajpie starszy pan przysypia nad piwem „oglądając” TV. Klimaty jak na pograniczu Meksyku z USA 🙂 lekki szok!

Potem do Bratysławy jechaliśmy już wzdłuż Dunaju, tylko z drugiej strony rzeki. Skwar niemiłosierny! Jak człowiek jedzie blisko 30km/h a termometr pokazuje nieustająco 45/46 stopni to znaczy, że jest ciepło, nie ma co! Jechaliśmy chyba wzdłuż drogi, którą kiedyś czechosłowaccy pogranicznicy wypatrywali ataku w ramach IIIWŚ ze strony Węgier, jak to w powszechnym systemie szczęśliwości i sprawiedliwości społecznej bywało. Teraz droga i asfalt na wale przeciwpowodziowym został oddany w pełni do dyspozycji rowerzystów. I plażowiczów (również nagich) którzy grzecznie tuptali do pobliskiego jeziorka. Wyglądało to tak słodko, ze gdyby nie nasz napiety grafik, na pewno byśmy zostali z godzinkę wychłodzić się w wodzie i wygrzać w słońcu, tak jak należy – bez gaci 🙂

Potem równie sprawnie dotarliśmy do naszego hotelu przy autostradzie (trochę bliżej centrum niż poprzednio). Konieczne były tylko atrakcje w stylu przenoszenie rowerów przez torowisko. Ale dostęp do miejsca spoczynku był wyjątkowo krótki i bezpośredni. 

Sam hotel – raczej z tych na wypasie, jak na nasze standardy. Co prawda przy samej autostradzie, okna się nie da otworzyć bo hałas, w nocy gorąco jak cholera ale czego chcieć więcej po całym dniu? Może tego, żeby nie płacić o 10€ więcej niż było w rezerwacji co zaśpiewała bardzo oschła pani w recepcji. Jak jej pokazałem rezerwacje z kwotą do zapłaty to powiedziała coś w stylu „Aaa… Booking.com” i policzyła nas już prawidłowo 🙂

Zwiedzanie Bratysławy oczywiście zaczęliśmy od „Hostiniec Richtar” by przypomnieć sobie jak smakuje piwo 🙂

Potem już spacer po starym mieście. I tutaj totalne, negatywne zaskoczenie! Jak można tak spierdolić miasto? Pomiędzy urokliwe kamienice, powciskane zostały plomby jak z komunistycznego koszmaru! Między starówką a zamkiem na wzgórzu wyjebana w kosmos droga niemal szybkiego ruchu, po której Słowacy zapierdzielają z lewa na prawo! Do tego po wejściu na wzgórze zamkowe panorama na ohydny most z jakimś „spodkiem” na filarze, z którego Sting czy inny Hose Felicjano ryczy na całe miasto – bo ktoś sobie wymyślił, że tak jest fajnie. Raczej koszmar! Człowiek łapie się na doznaniu „o! Jakie to piękne!” by zaraz potem zreflektować się na „o! Ale gówno za tym wybudowano”. I tak na okrągło. „Zamek piękny” ale „te samochody pod nim to jakaś masakra”. A do tego w „Craft beer cafe” zaraz przy schodach zamkowych dowiedzieliśmy się, ze tutaj się nie daje próbek piwa do spróbowania. No to niezły kraft, nie ma co! Efekt jest taki, ze nie kupiliśmy tam piwa choć ochota była. Ale po co promować takie miejsca?

Pewnie im coś napiszę na fanpage’u FB bo tylko to mają ale czy oni się tym przejmą? Przecież tam tyle ludzi siedziało…

Generalnie: Bratysława to nie jest miejsce dla ludzi, którzy chcą pochodzić po starówce i poczuć klimat starego miasta. To jest miejsce dla ludzi, którzy szukają jazgotu i bezsensownego taplania się w miejskim chaosie, z dużym dodatkiem zapachu spalin.

A o jedzeniu słowackim, to ja już łaskawie nie będę pisał. Po co? Ludzie, którzy nie wiedzą czy żywieniowo chcą być Węgrami czy może jednak Czechami. Dlatego serwują jakieś kulki z ryżu w sosie jak boeuf strogonof i czeszą za to 8€. Jedyne co mogę tu skrobnąć to: nie wierzcie, ze wprowadzenie jewro nie podniesie Wam cen!

A z totalnie innej beczki, całkowicie nie rozumiem tego fetyszyzmu pilotów do TV. Wydaje się je jak największy skarb i potem rozlicza jak ze zwrotu Świetego Graala. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. 

Miasto, które pachnie drożdżami…

Na dzisiaj plan był dość prosty, 50km po raczej niezbyt przyjemnej drodze, w upale, bez wzniesień. I właściwie to się wszystko udało. Pojechaliśmy drogą „83” (?) do miejscowości Győr bez żadnych problemów. Poza tym, że było ciepło (ale dzisiejsze 41 to pikuś w porównaniu z wczorajszymi 45) i wiał wiatr prosto w twarz (to pewnie dlatego było chłodniej). Choć po wjechaniu na osiemdziesiatkętrójkę zastanawialiśmy się czy to nie jest jakiś za wysoki standard na podróże rowerowe, wątpliwości szybko nas opuściły. Jakość asfaltu i mieściny, przez które przejeżdżaliśmy nie pozostawiały złudzeń – to kiepska droga o niskim standardzie, po której co jakiś czas (niestety) śmigają TIRy. 

Przejazd to właściwie nawet nie jest historia do opowiadania, tu jest totalnie słabo! Balaton, winnice, Budapeszt – tu się można zachłysnąć. A okoliczne wioski pomiędzy to jest raczej nuda, nic się nie dzieje, normalnie widać drogę na Ostrołękę z siodełka, bez lornetki. 

Dlatego szybko po wczesnym zakwaterowaniu (akademik, jedna z lepszych miejscówek na trasie, nie ma co) i wypraniu ciuchów z soli z Morza Martwego polecieliśmy na miasto. 

Győr – daje radę! Starówka robi niesamowite wrażenie. Mnóstwo drobniutkich, małych uliczek. Jakieś schodki między kamienicami, które prowadzą niespodziewanymi skrótami. Piękne i (co ważne) żyjące kamienice, kościoły. Fajnie zadbane nadbrzeże jakiejś odnogi Dunaju, centrum sportów wodnych, aquapark. Wydaje się, ze dwa-trzy dni można tu spędzić na tuptaniu. 

Szkoda tylko, ze atrakcyjność miejsca jest tak bezwzględnie wykorzystywana przez prowadzących knajpki. To było pierwsze miejsce na Węgrzech gdzie nie poszliśmy do knajpy na kieliszek wina, lepiej było wypić butelkę w akademiku. Tak pi razy oko wychodzi, ze ceny są trzy razy wyższe niż nad Balatonem i co więcej, wyższe niż w Budapeszcie. 
Na własne życzenie zasiedliśmy na obiad w knajpce w okolicach rynku by zjeść lekki obiad (po wczorajszych szaleństwach w Papa). Zaakceptowaliśmy cenę w menu za dwie zupy, ale po spojrzeniu w kartę napojów wybraliśmy wodę mineralną, która i tak kosztowała tyle co dwa piwa 10km przed Győr! Potem było już tylko gorzej bo okazało się, ze trafiliśmy do knajpy dla ludzi z dużymi portfelami i z solidnym pierdolcem na punkcie sposobu podawania potraw. 
Jeżeli jedna osoba przynosi Ci na talerzu, który już sam wyglada jak statek kosmitów, mięso, a druga wlewa do tego płyn – a w menu to się nazywa zupa gulaszowa ze świni Mangalicy, to już wiesz, ze konsekwencje będą straszne. Jeżeli chłodnik z ogórków z dwiema królewskimi krewetkami podawany jest z takim samym namaszczeniem – to spodziewaj się, ze w portfelu to zaboli. 

I o ile jeszcze te sprawy finansowe (80zł za dwie zupy!) można jakoś zaakceptować, to całe to spuszczanie się nad procedurą podawania żarełka (szczególnie, gdy się już jadło conieco u Madziarów) gdzie forma absolutnie przerasta wartości żywieniowe – to jest nie do akceptacji. Co z tego, że było smaczne, jak w ilościach homeopatycznych i jedzone w atmosferze jakiegoś idiotycznego napięcia, pod spojrzeniami kelnerów. 

My w klapkach (dobrze, ze nie „Kubota”) a oni nam tu ĄĘ zupkę, po której rachunek osiągnął górne limity akceptowalności, z nadzieją, że potem zamówimy jeszcze drugie danie i deser a popijemy to winem za 600HUF za 1dl. Masakra! Na własne życzenie, masakra!

Potem już byłem bardziej podejrzliwy w przyglądaniu się menu w innych knajpkach gdzie szukaliśmy wina i deserów i skończyło się na dwóch butelkach Muskata wypitych w akademiku. 
Ale miasto zacne! Piękne jak nie wiem co. Tylko wystrzegać się kelnerów 🙂
Dzisiaj podjęliśmy trudną decyzję o zmianie godziny pobudki na wcześniejszą. Jednak dwie godziny skradzione upałowi, przejechane w mniejszym upale, to jest dobra koncepcja na jutrzejsze 80km do Bratysławy. Niby dystans nie jest wielki, niby znowu jedziemy wzdłuż Dunaju, ale zmęczenie i koszmarny upał robią swoje. Inaczej nie zdążymy zobaczyć rynku w Bratysławie i wypić kilku kraftowych piw…
A lokalizacja w której mieszkamy, rzeczywiście pachnie drożdżami. Nie wiemy czy to produkcja wina, czy serów, ale zapach jest wszechobecny!

Previous Older Entries

Twitter Updates