PTS Classic 3

53022846_2381838108513620_4441526878813028352_o

Ja sobie znowu pozwolę na napisanie recenzji w poprzek tego co działo się w Termach Krakowskich Bronowice, to jednak jest mój blog, tutaj nie ma innego szefa, który by mi robił jakieś kwasy za użyte frazy, kto chce to czyta, kto nie chce, też przeczyta a potem wyrazi swoje zdanie. I dobrze! Bo to nie jest miejsce do mierzenia emocji linijką, to jest miejsce do wygrzebywania emocji z trzewi, tak jak one się pojawiają w saunie – strzał w twarz, strzał w plecy i patrzymy co się z tego zrodzi. A w tej edycji PTS Classic było ich niesamowicie dużo, na szczęście w większości pozytywnych, choć i jakiś mizognizm wybuchł w pewnym momencie na gigantycznej …urwie a i maczo-pojedynek ekstremalnie masywny miał swoje miejsce. Na szczęście skończyło się spokojnie, kto się miał obrazić – to się obraził, kogo noga “więcej tu nie postanie” – mam nadzieję, zmieni zdanie. My od wczoraj chodzimy z niedozwolonym dla sędziów (którymi na szczęście nie jesteśmy) bananami na twarzy, mimo zmęczenia po (pi razy oko) dwudziestu godzinach spędzonych w ten weekend w saunie, jakoś czołgamy się przez tydzień roboczy, czekając na kolejną imprezę w TK – czyżby Sauna Cup Masters? Dzisiaj już okazuje się, że miejscówka została wyłoniona – jednak Forum a nie Bronowice z obiecanym na ten czas basenikiem… 

53599131_2381770001853764_2440715633826988032_n

Nie możemy zacząć inaczej niż od Karola, Karola Kocielnika – człowieka, który rok temu na PTS Classic w Łodzi zrobił wszystko by zaistnieć jako człowiek z kosmosu, który pojawił się na imprezie “saunowych nazistów” by złamać wszystkie reguły. I co z tego, że złamał i tak było widać, że to jest nieoszlifowany diament, który pojawił się tam po to by ktoś go oszlifował. I On to zrobił!!! Nie wiem czy sam się oszlifował, czy ktoś mu w tym pomógł (w Łodzi wydawało nam się, że wzbudził zainteresowanie nie tylko nas, amatorów ale również profesjonalistów), wiem za to, że efekt jest spektakularny! W ciągu tych dwóch dni były tylko dwie osoby, które potrafiły tak “zawładnąć” sauną (Ale o tej drugiej potem, jednak pierwsze miejsce nie pozostawia wątpliwości). To jest jakaś niesamowita, hipnotyczna moc, facet wchodzi do sauny, spogląda na rozbrykane grono imprezowiczów i w dwie sekundy osiąga to do czego Sylwia potrzebuje kilku upomnień. Jedno spojrzenie, głębokie, takie które sprawia, że wydaje ci się, że to jest seans tylko dla ciebie. Piękna zapowiedź, a raczej opowieść o aromatach, o ich znaczeniu dla seansu, o istocie tego po co tu jesteśmy. Tu nie było “regułek” do odklepania, tu była interakcja z widzami na poziomie jakiejś niespotykanej bliskości i intymności. Czuliśmy się jak na spotkaniu ze starym znajomym, który sprzedaje nam tajemną wiedzę, a nie seans konkursowy. A potem to już była czysta magia – naturalne aromaty, niespotykane w tych dniach, kontakt wzrokowy z uczestnikami (tak intensywny, ze wydawało się, że jesteśmy sami w saunie), ruchy, które niosły w sobie coś nowego, nieprzewidywalnego, dawno nie czułem, że widzę w saunie coś nowego, jakiś balet nowoczesny (te ręce), jakiś performace, nie umiem nazwać… I ten moment, kiedy Karol kładzie na swoje plecy ręcznik… do wycierania… A potem wyjście z sauny i reakcje współsaunowiczów, żywe, prawdziwe emocje… ludzie nie rozmawiali o tym jak było gorąco/zimno… rozmawiali o tym jak było pięknie… Zobaczcie na wyniki głosowania saunowiczów – to był nokaut, najwięcej ocen maksymalnych! Przebity tylko przez jednego zawodnika z najwyższej półki, a i tak o włos…

52956349_2380153855348712_6339003508464812032_n

A teraz pora na drugą gwiazdę tego turnieju – Grzegorza Przymyka, saunamistrza, który wylosował chyba jedno z najgorszych miejsc w turnieju, ostatni seans, ostatniego dnia, wszyscy już zmęczeni, wszyscy zastanawiają się nad pociągiem, samochodem, autobusem do domu… Gorzej to tylko może być pierwszy seans, jak ludzie są nierozgrzani. Ja na takich seansach to już nawet nie biorę karteczek do głosowania, wychodząc z założenia, że moje oceny nie są miarodajne, bo jestem zmęczony, bo nie potrafię już nic innego niż walczyć o przeżycie na ławce. Zastanawialiśmy się czy iść, bo przecież poprzedni seans w wykonaniu ewidentnego mistrza, nie porwał nas, choć był mistrzowski! I wchodzimy do sauny z założeniem, że będziemy walczyli o życie. Po drugiej stronie ringu – ekstremalnie zestresowany “przeciwnik”, który nagle, nie mówi wyuczonych regułek do widowni, On przemawia do nas jak do ludzi, opowiada o aromatach, opowiada o nasączonym ręczniku na koniec, jest tak spięty, ze chce się mu powiedzieć: “będzie dobrze” (a wszytko to robi świetnym głosem i świetną mową ciała, która sprawia, że chce się słuchać i podporządkować). A potem jest cudowny spektakl synchronizacji ciała i ręcznika z muzyką, który jest pod kontrolą od pierwszej do ostatniej nuty. To było najbardziej uderzające – tam nie było miejsca na odpoczynek, na “fristajl”, tam każde uderzenie było dokładnie w tym miejscu, w którym być powinno, jeszcze chyba nigdy nikt nam tak nie zrobił, że skończył i powiedział spokojnie – “dziękuję”. Ostatni seans saunowy w turnieju, który tak bardzo zapadł w głowie!!!

52952723_2381631828534248_2969283652489314304_o

Kolejna supernowa na firmamencie to Łukasz Zmyślony – najlepszy dowód na to, że Aquadrom dorobił się już swojej szkoły saunamistrzów! Tańczący mężczyźni w saunie to jest coś, co zawsze przykuwa uwagę, połączenie baletu z sauną to najpiękniejsza rzecz, której można oczekiwać. Jeżeli będziesz tak silny w machaniu, jak piękny w nim jesteś – będziemy jeździć za Tobą po saunariach!!

53082550_2379747478722683_1135870883873685504_o

A już całkiem z innej beczki – mam nadzieję, że to nie jest zbyt intymne – Sylwia przytulająca Ryśka Juniora po seansie (oczywiście, że wspaniałym) i gratulująca mu jego wykonania to jest obrazek, który zabiera się z sobą do grobu, do przegródki z napisem “są na tym świecie wspaniali rodzice”. I Ryszard z merytorycznymi uwagami po seansie… Chciałbym takich rodziców 🙂 Jak to było? “Don’t blame me, I’m just a Man” – pewnie nie tak, ale coś koło tego…

53121307_2380323328665098_6016173786309591040_o

A wszystkim pozostałym, o których nie pisaliśmy – przepraszamy, jesteście cudowni! To był naprawdę dobry festiwal! O Was już wcześniej pisaliśmy… brak nam słów… A o kim nie pisaliśmy, na pewno jeszcze napiszemy, nie mam co do tego żadnych wątpliwości.

53233299_2380096335354464_8517350714144456704_o

 

Zdjęcia kradzione ze FB i stron PTS/Ryszarda Raka – jakby co to wiecie co z nami zrobić…

 

https://www.facebook.com/PTSClassicPL/

https://www.facebook.com/ryszard.rak.5

 

 

 

Reklamy

Silesian Towel Fight 6 – „Kurde misie, a może mnie to śni się?”

Posiedzieliśmy wieczorem w katowickich multitapach z Żoną, by przedyskutować nasz pobyt na najnowszej edycji Silesian Towel Fight i oto co nam wyszło 🙂

Podium:

Mimo tego, że widzieliśmy na żywo tylko „Misia Uszatka” Pawła Pęcherza; „Dr. Peter and Mr. John” Piotra Biedrzyckiego udało nam się obejrzeć przez szybkę, a o „Synu ulicy” Kacpra Danisiewicza słyszeliśmy tylko z opowieści piątkowych widzów (jako o najjaśniejszym punkcie tego dnia) – wynik na „pudle” bardzo nam się podoba, wiemy za co te nagrody. Mamy nadzieję nadrobić zaległości przy okazji innych imprez, albo po prostu z marszu gdzieś w Polsce nadgonić. Takiego tłoku jak w te sobotę to chyba jeszcze na STF nie było, pierwsza grupa wyprzedana, w drugiej kilka wolnych miejsc, wbicie się na nie swój seans wymagało dużego wysiłku… nie zawsze się udawało, szczególnie, że my chyba za dużej siły przebicia nie mamy.

44216937_2164177096986305_5594737108301381632_o

Seanse dodatkowe:

Mimo niezbyt imponującego poziomu tegorocznych zmagań, po skończonym dniu, wyszło nam, że to było jedno z najciekawszych doświadczeń saunowych w jakim przyszło nam brać udział. A dlaczego? Ano dlatego, że to co się działo poza sauną turniejową to była wielka sprawa:

Kacper Danisiewicz: mistrz machania do nieoczywistej muzyki 🙂 Zaserwował nam cos tak innego, coś tak nie wpasowującego się w te wszystkie głośne, rytmiczne, słyszane milion razy w saunie Edy Sheerany itp. że można było z wrażenia stracić sztuczną szczękę. Dwa spokojne kawałki Kayah a pomiędzy nimi „gorący” hit ostatnich tygodni – temat przewodni z filmu „Zimna wojna” śpiewany przez Joannę Kulig. Uwielbiam kiedy saunamistrz jest tak odważny, że pozwala sobie na zrobienie seansu tak wyciszonego, intymnego niemal. Kiedy pozostaje tylko On, muzyka w tle  i widownia na ławkach. W takich chwilach widać kunszt! A do tego jeszcze fakt, że sam Saunamistrz był wyraźnie zadowolony z efektu jaki osiągnął, tylko utwierdza nas w przekonaniu, że podium Mu się należało 🙂

Adam Górka: Człowiek-Legenda, zaserwował nam to co może zaserwować ktoś, kto już nic nie musi :). Kolejny seans na totalnym luzie, z uśmiechem na twarzy, rozpływający się w samej przyjemności machania. Legendarna synchronizacja, siła, błogość! Jak to u Adama – we wstępie, krótka historia muzyki, która robiła za tło – bardzo istotny element edukacyjny. I oczywiście mimo tego, że seans umilał nam „soft rock” jak to Adam chyba określił, to wcale nie było soft. Chyba najbardziej dogrzany seans indywidualny w tym dniu! A z drugiej strony tak bardzo Adamowo-delikatny, w jakiś sposób „puchaty”, przytulający uczestników osobowością, która promieniuje z tego Mistrza.

Paweł Pęcherz:  nasz osobisty Mistrz Świata od bardzo dawna 🙂 ciągłe źródło muzycznych inspiracji, człowiek, na którego seanse chodzi się nie tylko by zobaczyć i poczuć ale również by usłyszeć 🙂 No i trzeba przyznać, że to co zobaczyliśmy w kategorii (gdyby taka była) „fastest mothafucka in the valley” to jest absolutnie pierwsze miejsce. Jeszcze nie wiemy skąd On bierze do tego siłę, ale jesteśmy przekonani, że o tym seansie będzie jeszcze głośno 🙂 Ja nie wiedziałem, że ręcznik może latać tak szybko po saunie, że jego rogi przekroczą granice percepcji moich oczu i zaczną się zlewać w jedną jasną plamę… Na finiszu, po ekstremalnym wysiłku Pawła, na czwarte polanie, w saunie pojawił się jako drugi uczestnik Robert Żukowski, i już… już… zaczynał po swojemu odlatywać, już… już… zaczynał w ten charakterystyczny sposób przechylać na bok głowę, już… już… zaczynaliśmy czuć efekty jego odlotu… już… już… tempo zaczynało przyspieszać… jak przestała grać muzyczka z komórki… Ratowaliśmy sytuacje klaskaniem więc udało się dociągnąć seans do końca i mimo tego problemu – na długo go zapamiętamy.

Gosia Borowska:  Dżibasie! Jaki my z Nią mamy problem to głowa mała! Jak Jej się nie chce, to mamy ochotę uciec z sauny! A jak Jej się chce, to zabiera nas na wyżyny doznań saunowych. W sobotę Jej się chciało 🙂 Jak sama się nam przyznała, Ona nie macha ręcznikiem, to ręcznik macha Nią. Taniec ma we krwi, to jasne, to widać nawet gdy chodzi po saunarium zajęta mniej wzniosłymi obowiązkami niż prowadzenie seansów. Tak więc, w saunie również tańczy, jakieś karaibskie rytmy, które faktycznie, jak deklarowała, sprawiają, że tańczą nie tylko nogi ale i cały korpus i ręce. No a jak te ręce trzymają ręcznik to reszta dzieje się sama 🙂 Chyba znowu zobaczyliśmy nowa jakość w saunie na tym seansie, cos innego i baaaardzo nam się podobało. Dzięki! A dodatkowe atrakcje seansu, niech pozostaną tajemnicą uczestników 🙂

Bohdan Łysenko/Rusłan Honta/Kacper Danisiewicz: wrocławska sztafeta, panowie machali po jednym polaniu i zmieniali się, więc pokazali nam co potrafią. Wspaniały przykład tego jak widać, jak charakter człowieka daje się poznać nawet w takiej czynności jak rozprowadzanie powietrza w saunie: trans/motoryka/poezja – a wydawać by się mogło, że to tylko trzech spoconych facetów w saunie 🙂 Niestety na dogrywkę (czyli machanie na sześć rąk) nie daliśmy rady się załapać, uciekliśmy z sauny. Ale chyba po tym jak uciekło nas dość dużo, zaraz potem znaleźli się chętni by wbić się na nasze miejsca 🙂

Seanse konkursowe:

warto tez odnotować ciekawe seanse konkursowe, które nie wylądowały na podium, i tak mamy tutaj:

Łukasz Gapiński: po prostu, fajna opowieść, na której nie trzeba było męczyć się w spektaklu pod tytułem „cała sauna czeka, aż Saunamistrz zdejmie kolejną warstwę ciuchów albo założy kolejny gadżet”. Opowiedziane z biglem, z interakcją Saunamistrz-podkład muzyczny, w sam raz na te kilkanaście minut. Dobre proporcje sauny i spektaklu. Takie seanse to my lubimy!

Radosław Sieraj: ten seans i ten Saunamistrz potrzebuje jeszcze dużo wysiłku włożyć w swoją opowieść, ale przez niemal cały seans nie umieliśmy się powstrzymać przed wrażeniem, że z tego pieca będzie jeszcze kiedyś doskonały wypiek! Jest jakaś moc w tym co nam pokazał w saunie, jest coś świeżego w Jego sposobie machania, te kickboxerskie wstawki wyglądały nad wyraz wiarygodnie. Liczymy na to, że za kilka miesięcy zaczniemy kibicować mu w drodze na szczyt w którymś z konkursów saunowych.

Ryszard Rak: kolejny Człowiek-Legenda, którego nie godniśmy „recenzować”, ale trzeba jednak wyraźnie zaznaczyć, że Ryszard się zmienił. Zachował unikalny styl swojego seansu, a jednocześnie poddał go ciekawemu „tuningowi”. Już sam pomysł z lekkim polaniem kamieni przez trawę przed zapowiedzią, bardzo nam przypasował, rozmywał w jeden spektakl nudną część z gatunku „ciało na ręczniku” i właściwy seans. Bardzo fajnie. Poza tym była tez interakcja Saunamistrza z dźwiękami lecącymi z głośników i generalnie, jak to ktoś po seansie słusznie zauważył: „Ryszard zrobił seans konkursowy”:) I otarł się o podium o grubość lakieru na emaliowanym cebrzyku, śpiewając w trakcie machania i racząc nas swoimi naturalnymi cudami.

 

Wodzirej:

to, że Robert doskonale się czuje w roli zarządzającego całym bałaganem jaki pojawia się nieuchronnie w trakcie takich imprez, to wie każdy kto go widział w akcji. Sposób w jaki łączy grzeczność, stanowczość i humor w jeden przekaz powoduje, że nawet jak się człowiek nie zmieścił do sauny bo „komfort saunowania musi być zachowany”, nie czuł się z tym źle. Jak zawsze – było go wszędzie pełno, dla każdego miał czas, każdy czuł się potraktowany niemal indywidualnie, a dodatkowo porządek był utrzymany. Skoro nawet udało mu się w pewnym stopniu spacyfikować sędziów by przychodzili dwie minuty przed wejściem do saun, by nie trzeba było na nich czekać – to można sobie wyobrazić jaki był to wysiłek. A całkiem poważnie – dla nas Robert był kluczowa postacią tego dnia, która doskonale na barkach uniosła ciężki ciężar osoby dyscyplinującej uczestników. No ale kto by tam podskoczył gościowi w kamizelce wojskowej, który wprowadza stan wojenny z kubeczkiem koli w jednej z kieszonek swojego wdzianka 🙂

Zmiana „pokoleniowa”

na STF powoli staje się faktem… coraz więcej ludzi (których skrupulatnie w zapowiedziach seansów wymieniał Robert, oj zrobiliście wszyscy na nim wrażenie!) znika całkowicie z orbity STF, część nie pojawia się wcale (Dawid), część pojawia się w charakterze wpadających na chwilkę gości (Łukasz, Gabrysia) nie uczestnicząc nawet w seansach, część (Sebastian) bywa już tylko w charakterze saunujących uczestników. Nawet pojawił się już termin „emerytowany sedzia” 🙂  Życie… Panta Rheie wszystkie i inne takie rzeczy się tu dzieją 🙂 Ale dzieje się to płynnie, bo jednak ciągłość jest zachowana. Przeglądałem właśnie zapiski z STF2 i kilka nazwisk, które tam znalazłem wciąż jest z nami. To fajnie! Jedni przychodzą, inni odchodzą, życie wymusza takie decyzje.

Dla nas Spiritus Movens tego co zaczęło się w Aquadromie na zawsze pozostanie Dawid Wąsowicz (Żeby nie było! Nie umniejszamy znaczenia żadnej i żadnego z pozostałych uczestników tej przygody) i skoro „Lao Che” było jednym z ważniejszych muzycznych akcentów dla nas tego dnia (tak przy okazji, to zadziwiająco dużo ludzi w kolejce do sauny reagowało pozytywnie na pierwsze dźwięki ich muzyki) to pozwolimy sobie na mała trawestację jednego z tekstów:

„Chciałem tylko, żebyś był fajny.

I żeby ktoś kiedyś mógł powiedzieć,

Był Dawid, Dawid, gość co się czasem spinał,

Ale uwierzył i gdy szedł po gnoju,

Smród już się go nie imał.

Machaj, chłopaku, machaj! „

Wazelina na koniec:

Choć zabrzmi to jak klasyczny tekst na premierze najnowszego iPhone’a, taka jest prawda: to był najlepszy Silesian Towel Fight na jakim byliśmy do tej pory (a byliśmy chyba na wszystkich za wyjątkiem pierwszego, mocno niszowego). Do tego, co napisane powyżej, dorzucić należy jeszcze cała masę „niemierzalnych” doznań, zaczynając od mocno „środowiskowego” charakteru imprezy (te wszystkie spotkania po latach, rozmowy mniej lub bardziej osobiste, emocje, dyskusje o wartości stroju w seansie), przez wspaniałą pogodę jaka nam towarzyszyła, kocią muzykę, którą wieczorem serwowali nam panowie z Szlafrok/Ręcznik Band, wszechobecnego w opowieściach czosnku z piątkowego seansu, który, jak rozumiem, stał się oficjalnym aromatem STF. Nawet nieczynna Rudzka Bania nie zepsuła klimatu, podkręcona Biosauna świetnie się spisywała.

Łyżka dziegciu:

Bez nazwisk, bez imion, bez personalnych wycieczek. Kilka osób z naszego światka chyba za często chadza na imprezy konkursowe. Gdzieś zniknęli uśmiechnięci, zachłystujący się tym co tu i teraz, pozytywni ludzie. Pojawiły się jadowite Sine Smutasy. Po co? Co prawda „nie jesteśmy tu dla przyjemności” to hasło przewodnie tej imprezy – ale jednak to był taki żart, nie ma co tego brać dosłownie. Luzik!

Na STF2 własnoręcznie (wtedy chyba jeszcze tylko jako uczestnik, a nie sędzia) nasz kolega z piekieł z innymi naprawiał, na minuty przed seansem, lampę UV, którą ktoś życzliwy Saunamistrzowi musiał potem włączyć w odpowiednim momencie jego seansu i podsunąć pod drzwi na mokrej podłodze. Na STF6 – lightscripty, synchronizacja muzyki i świateł, UV przy suficie, szmery-bajery. A ja czytam pretensje, że któraś żarówka na korytarzu była spalona i było za ciemno…

Zdjęcia, a raczej linki, „kradzione” z FB STF6, jak nie mamy prawa ich tutaj prezentować to wiecie co z nami zrobić… sosumi

44027872_2164178166986198_1327242415991422976_o

Pociąg do wina. Wino na statku.

W tym roku błogaska zaniedbuję totalnie a to z tej przyczyny, ze właściwie powtarzamy zeszłoroczny urlop nad Balatonem. Tyle, że bez podróży rowerem, dojechaliśmy z Polski pociągiem i autobusem. Co tu wiec pisać, skoro nuda: słońce, wino, piwo i pyszne jedzenie.

Ale dzisiaj postanowiliśmy wybrać się do Badacsony, miasteczka na drugim brzegu Balatonu (z naszej perspektywy), przez które w zeszłym roku przemknęliśmy przelotem z jednego nagiego kempingu na drugi. Już wtedy uderzył nas chyba najpiękniejszy pejzaż tego wielkiego jeziora jaki nam się udało zobaczyć. Zatrzymaliśmy się tylko na jedno-dwa winka i popedałowaliśmy dalej, zostawiajac za sobą tą „Toskanię” nad Balatonem.

Dlatego w tym roku, bez ciężaru odpowiedzialności mogliśmy spokojnie wsiąść do pociągu z Balatonbereny i pojechać z przesiadką w Tapolcy do Badacsony. Na szczęście system zakupu biletów na pociągi jest w pełni internetowy i nie wymaga drukowania biletów (a nawet promowany jest 10-20% zniżka) a do tego jest po angielsku. Do tego jeszcze jest aplikacja kolei węgierskich, która pokazuje wszystkie informacje o opóźnieniach i kolejnych stacjach – bardzo to ułatwia życie. Szczególnie gdy pociąg, którym masz zdążyć na przesiadkę zaczyna się niepokojąco spóźniać. Oczywiście – moje szczęście – wcześniej przećwiczony już model zakupu biletów z płatnością za pomocą karty Revolut (BTW – to dzieło szatana całkiem przyzwoicie redukuje koszty przewalutowań znane z innych kart) zakończył się radosnym komunikatem po obciążeniu karty o zakończonej sukcesem płatności i niemożliwym do zakończenia procesie płatności :). No dobra, 25 zł poszło w piach, przecież nie złożę reklamacji po węgiersku w imieniu „ruskiego” nie-banku usadowionego na brytyjskiej ziemi 🙂 Ale okazało się, ze klasyczne wyjście ze sklepu i ponowne wejście pozwoliło mi na kliknięcie na guzik „kontynuuj”, który spowodował wygenerowanie biletów.

Konduktorzy mają bardzo poręczne czytniki QR kodów, którymi z dużej odległości skanują ekrany telefonów i proces kasowania biletu odbywa się bardzo sprawnie. To miłe.

Po przesiadce z jednego pociągu, który wiózł nas z BB do Tapolcy na kolejny z Tapolcy do Budapesztu, daje się zauważyć zasadniczą różnice w standardzie infrastruktury. Nasza, południowa strona to nowe torowisko, nowe perony, w dużej mierze elektryczne pociągi, stare ale odremontowane. Strona północna to brak trakcji, spalinówki i zdecydowanie gorszy standard pociągów i podróży. Ale wydaje się, że Węgrzy nad tym obecnie pracują bo w zeszłym roku do BB tez jechaliśmy znacznie gorzej niż w tym. Poza tym, nie ważne jakim standardem, ja i tak im zazdroszczę tej komunikacji wokół jeziora. Mieszkać w Budapeszcie i wypadać na weekend z rowerem na dwudniową wycieczkę wydaje się być najłatwiejszą logistycznie kwestią, którą zorganizować można niemal z minuty na minutę. Szacuneczek.

A samo miasteczko? Boskie! Od pociągu od razu widać, że to „Krynica Morska” ze swoim boardwalkiem i kiczowatymi budkami z lodami i kebabem. Wystarczy jednak pójść odrobinę w górę, w okolice Romai utca by znaleźć się w innym świecie. Tam już jest ciszej i spokojniej, tam nie przewalają się tłumy, tam są milijony winnych piwniczek. Tam można poczuć się jak u siebie. A potem w górę Kisfaludy Sandor utca! Im wyżej, tym się więcej miejsc do napicia się wina! Im wyżej, tym piękniejsze widoki na Balaton. Węgierska Toskania robi swoją robotę! Odległości między winiarniami są niebezpiecznie małe, ledwie z jednej wychodzimy, już wpadamy do drugiej. Wszędzie przepyszne muskaty, o dziwo słodkie lepsze od, droższych, wytrawnych. Ale to pewnie nasze niewyrobione paszcze tak działają. Po drodze trafia się nam cabernet-sauvignion tak owocowy, tak treściwy w smaku, że zrywa obuwie.

I cała ta koncepcja, powolnego czołgania się pod górę w słońcu, na coraz słabszych nogach z powodu wypitego wina, z powodu upału, z powodu zmęczenia, jest świetna! Potem zaczyna się wydrapywanie pod górę, do ostatnich winnic, które okazują się nieczynne dla odwiedzających, Brytole sikają po krzakach i jest fajnie, wszystko działa tak jak należy. W drodze w dół, lekko chwiejnym i slalomowym krokiem człowiek stacza się podziwiając bajeczne widoki na Balaton i okoliczne wzgórza, naprawdę ciężko uwierzyć, ze to nie są jakieś Włochy.

I po tym wszystkim oczywiście muszą podpierdalać małe Uazy, wożące tłuste dupy jakichś pseudo turystów, którzy nie potrafią wejść 100m pod górkę. Ja wiem, że jak jest popyt to jest i podaż ale do cholery jasnej, czy Wy nie widzicie, że psujecie świat, który Was otacza?!

Z Toskanii powrót, a jakże, statkiem do naszej okolicy, Balatonmariafurdo i potem 5km spacer do domu. I tym zamykamy naszą pętelkę.

Mastichari Beach, Kos

Na tę plażę wybraliśmy się z buta, bo co jest lepszego od przejścia się dziesięć kilometrów po plaży?

Co prawda były lekkie obawy, że brzegiem całej trasy się nie da przejść ale daliśmy radę 🙂 Tylko kawałek trzeba obejść górą nad brzegiem, warto wtedy zamykać oczy bo syf, który jest tam zgromadzony, powoduje, że ciężko na drugi dzień wierzyć w idealną przeźroczystość wody 😦 Po dojściu do mikro portu w Mastichari wystarczy dalej pójść kawałek wzdłuż brzegu i tam zaczyna się plaża N.

Niedaleko od miejsca gdzie pojawiają się małe wydmy, i za nimi zaczyna się droga do jakiegoś świętego miejsca, po drugiej stronie wydm rozpościera się krótka plaża. Bez szaleństwa ale lepiej niż w Tigaki/Marmari dzieki tym wydmom. W okolicy dużo sklepików i tawern, na wydmach można się schować w cieniu porastających je krzaków i drzewek. Plaża bardzo podobna od tej w Tigaki/Marmari ale z tymi wydmami, które robię robotę 🙂

I podsumowując te wszystkie wizytacje nagich plaż wyszło nam, że mamy solidny rozdźwięk w ocenach, bo rankingi wyglądają tak:

Roma:

  1. Exotic
  2. Mastichari
  3. Tigaki/Marmari
  4. Tropical

Grzegorz:

  1. Exotic
  2. Tropical
  3. Mastichari
  4. Tigaki/Marmari

Chyba szykuje się pierwszy poważny konflikt małżeński 🙂

Tigaki/Marmari Beach, Kos

Najważniejszą cechą tej plaży jest to, że możemy na nią chodzić piechotą z naszego hotelu. Druga sprawa to fakt, że idzie się w dużej części plażą i od strony Marmari dość szybko pojawia się spostrzeżenie, że „nasi tu są” i dalszą cześć drogi można już odbyć w stroju organizacyjnym. A plaży, z pomiarów, jest spokojnie 800-900m. Na początku to raczej jest gejowa plaża, potem zaczyna się już hetero. Przy samym Tigaki, przy ujściu wody ze słonego jeziora jest dość duża skarpa przy wylocie wody, ktora naturalnie oddziela nagą cześć od tekstylnej. Dość blisko z tego miejsca jest do pierwszych wodopojów, trochę dalej do sklepiku z rozsądnymi cenami.

Plaża jest totalnie dzika, wiec nie ma co liczyć na żadną infrastrukturę dlatego wybraliśmy się tam z własnym parasolem od Chińczyka za całe 4,5€. Dopiero po dłuższym czasie udało się nam wpaść na pomysł, ze walka z bardzo silnym wiatrem bez użycia naturalnych przeszkód terenowych skazana jest na porażkę. Jak już nam się pokrzywiły druciki w parasolu i zdrętwiały ręce od ciągłego trzymania go na wietrze by nie odleciał, wypatrzyliśmy małą kępkę trawy za którą ulokowaliśmy swoją miejscówkę. I tutaj da się leżeć.

Plaża, jeśli mierzyć ją standardami Chałup czy Piasków raczej zadka nie urywa. Jest szeroka, piaszczysta z bardzo drobnym piaskiem, który pięknie opalizuje pływając w słońcu. Ale tez jest bardzo mocno pokryta chwastami z morza, które mokre wyglądają jakby jakiś szalony DJ pociął całą swoją kolekcję taśm magnetofonowych z lat 70-80 i rozrzucił po plaży. Pierwsze wrażenie jest jednoznaczne: ale tu brudno! Choć to nie jest brud tylko natura 🙂

Druga sprawa to słone jezioro zaraz obok, powoduje, ze praktycznie nie ma wydm ani wzniesień przy plaży, łyso trochę…

Dodatkową atrakcją (tylko nie wiem dla kogo większą) są wycieczki konne po plaży z oglądaniem kąpiących się golasów 🙂

Ale odległość od łóżka jest zdecydowanym plusem tej plaży!

Previous Older Entries