Pociąg do wina. Wino na statku.

W tym roku błogaska zaniedbuję totalnie a to z tej przyczyny, ze właściwie powtarzamy zeszłoroczny urlop nad Balatonem. Tyle, że bez podróży rowerem, dojechaliśmy z Polski pociągiem i autobusem. Co tu wiec pisać, skoro nuda: słońce, wino, piwo i pyszne jedzenie.

Ale dzisiaj postanowiliśmy wybrać się do Badacsony, miasteczka na drugim brzegu Balatonu (z naszej perspektywy), przez które w zeszłym roku przemknęliśmy przelotem z jednego nagiego kempingu na drugi. Już wtedy uderzył nas chyba najpiękniejszy pejzaż tego wielkiego jeziora jaki nam się udało zobaczyć. Zatrzymaliśmy się tylko na jedno-dwa winka i popedałowaliśmy dalej, zostawiajac za sobą tą „Toskanię” nad Balatonem.

Dlatego w tym roku, bez ciężaru odpowiedzialności mogliśmy spokojnie wsiąść do pociągu z Balatonbereny i pojechać z przesiadką w Tapolcy do Badacsony. Na szczęście system zakupu biletów na pociągi jest w pełni internetowy i nie wymaga drukowania biletów (a nawet promowany jest 10-20% zniżka) a do tego jest po angielsku. Do tego jeszcze jest aplikacja kolei węgierskich, która pokazuje wszystkie informacje o opóźnieniach i kolejnych stacjach – bardzo to ułatwia życie. Szczególnie gdy pociąg, którym masz zdążyć na przesiadkę zaczyna się niepokojąco spóźniać. Oczywiście – moje szczęście – wcześniej przećwiczony już model zakupu biletów z płatnością za pomocą karty Revolut (BTW – to dzieło szatana całkiem przyzwoicie redukuje koszty przewalutowań znane z innych kart) zakończył się radosnym komunikatem po obciążeniu karty o zakończonej sukcesem płatności i niemożliwym do zakończenia procesie płatności :). No dobra, 25 zł poszło w piach, przecież nie złożę reklamacji po węgiersku w imieniu „ruskiego” nie-banku usadowionego na brytyjskiej ziemi 🙂 Ale okazało się, ze klasyczne wyjście ze sklepu i ponowne wejście pozwoliło mi na kliknięcie na guzik „kontynuuj”, który spowodował wygenerowanie biletów.

Konduktorzy mają bardzo poręczne czytniki QR kodów, którymi z dużej odległości skanują ekrany telefonów i proces kasowania biletu odbywa się bardzo sprawnie. To miłe.

Po przesiadce z jednego pociągu, który wiózł nas z BB do Tapolcy na kolejny z Tapolcy do Budapesztu, daje się zauważyć zasadniczą różnice w standardzie infrastruktury. Nasza, południowa strona to nowe torowisko, nowe perony, w dużej mierze elektryczne pociągi, stare ale odremontowane. Strona północna to brak trakcji, spalinówki i zdecydowanie gorszy standard pociągów i podróży. Ale wydaje się, że Węgrzy nad tym obecnie pracują bo w zeszłym roku do BB tez jechaliśmy znacznie gorzej niż w tym. Poza tym, nie ważne jakim standardem, ja i tak im zazdroszczę tej komunikacji wokół jeziora. Mieszkać w Budapeszcie i wypadać na weekend z rowerem na dwudniową wycieczkę wydaje się być najłatwiejszą logistycznie kwestią, którą zorganizować można niemal z minuty na minutę. Szacuneczek.

A samo miasteczko? Boskie! Od pociągu od razu widać, że to „Krynica Morska” ze swoim boardwalkiem i kiczowatymi budkami z lodami i kebabem. Wystarczy jednak pójść odrobinę w górę, w okolice Romai utca by znaleźć się w innym świecie. Tam już jest ciszej i spokojniej, tam nie przewalają się tłumy, tam są milijony winnych piwniczek. Tam można poczuć się jak u siebie. A potem w górę Kisfaludy Sandor utca! Im wyżej, tym się więcej miejsc do napicia się wina! Im wyżej, tym piękniejsze widoki na Balaton. Węgierska Toskania robi swoją robotę! Odległości między winiarniami są niebezpiecznie małe, ledwie z jednej wychodzimy, już wpadamy do drugiej. Wszędzie przepyszne muskaty, o dziwo słodkie lepsze od, droższych, wytrawnych. Ale to pewnie nasze niewyrobione paszcze tak działają. Po drodze trafia się nam cabernet-sauvignion tak owocowy, tak treściwy w smaku, że zrywa obuwie.

I cała ta koncepcja, powolnego czołgania się pod górę w słońcu, na coraz słabszych nogach z powodu wypitego wina, z powodu upału, z powodu zmęczenia, jest świetna! Potem zaczyna się wydrapywanie pod górę, do ostatnich winnic, które okazują się nieczynne dla odwiedzających, Brytole sikają po krzakach i jest fajnie, wszystko działa tak jak należy. W drodze w dół, lekko chwiejnym i slalomowym krokiem człowiek stacza się podziwiając bajeczne widoki na Balaton i okoliczne wzgórza, naprawdę ciężko uwierzyć, ze to nie są jakieś Włochy.

I po tym wszystkim oczywiście muszą podpierdalać małe Uazy, wożące tłuste dupy jakichś pseudo turystów, którzy nie potrafią wejść 100m pod górkę. Ja wiem, że jak jest popyt to jest i podaż ale do cholery jasnej, czy Wy nie widzicie, że psujecie świat, który Was otacza?!

Z Toskanii powrót, a jakże, statkiem do naszej okolicy, Balatonmariafurdo i potem 5km spacer do domu. I tym zamykamy naszą pętelkę.

Reklamy

Mastichari Beach, Kos

Na tę plażę wybraliśmy się z buta, bo co jest lepszego od przejścia się dziesięć kilometrów po plaży?

Co prawda były lekkie obawy, że brzegiem całej trasy się nie da przejść ale daliśmy radę 🙂 Tylko kawałek trzeba obejść górą nad brzegiem, warto wtedy zamykać oczy bo syf, który jest tam zgromadzony, powoduje, że ciężko na drugi dzień wierzyć w idealną przeźroczystość wody 😦 Po dojściu do mikro portu w Mastichari wystarczy dalej pójść kawałek wzdłuż brzegu i tam zaczyna się plaża N.

Niedaleko od miejsca gdzie pojawiają się małe wydmy, i za nimi zaczyna się droga do jakiegoś świętego miejsca, po drugiej stronie wydm rozpościera się krótka plaża. Bez szaleństwa ale lepiej niż w Tigaki/Marmari dzieki tym wydmom. W okolicy dużo sklepików i tawern, na wydmach można się schować w cieniu porastających je krzaków i drzewek. Plaża bardzo podobna od tej w Tigaki/Marmari ale z tymi wydmami, które robię robotę 🙂

I podsumowując te wszystkie wizytacje nagich plaż wyszło nam, że mamy solidny rozdźwięk w ocenach, bo rankingi wyglądają tak:

Roma:

  1. Exotic
  2. Mastichari
  3. Tigaki/Marmari
  4. Tropical

Grzegorz:

  1. Exotic
  2. Tropical
  3. Mastichari
  4. Tigaki/Marmari

Chyba szykuje się pierwszy poważny konflikt małżeński 🙂

Tigaki/Marmari Beach, Kos

Najważniejszą cechą tej plaży jest to, że możemy na nią chodzić piechotą z naszego hotelu. Druga sprawa to fakt, że idzie się w dużej części plażą i od strony Marmari dość szybko pojawia się spostrzeżenie, że „nasi tu są” i dalszą cześć drogi można już odbyć w stroju organizacyjnym. A plaży, z pomiarów, jest spokojnie 800-900m. Na początku to raczej jest gejowa plaża, potem zaczyna się już hetero. Przy samym Tigaki, przy ujściu wody ze słonego jeziora jest dość duża skarpa przy wylocie wody, ktora naturalnie oddziela nagą cześć od tekstylnej. Dość blisko z tego miejsca jest do pierwszych wodopojów, trochę dalej do sklepiku z rozsądnymi cenami.

Plaża jest totalnie dzika, wiec nie ma co liczyć na żadną infrastrukturę dlatego wybraliśmy się tam z własnym parasolem od Chińczyka za całe 4,5€. Dopiero po dłuższym czasie udało się nam wpaść na pomysł, ze walka z bardzo silnym wiatrem bez użycia naturalnych przeszkód terenowych skazana jest na porażkę. Jak już nam się pokrzywiły druciki w parasolu i zdrętwiały ręce od ciągłego trzymania go na wietrze by nie odleciał, wypatrzyliśmy małą kępkę trawy za którą ulokowaliśmy swoją miejscówkę. I tutaj da się leżeć.

Plaża, jeśli mierzyć ją standardami Chałup czy Piasków raczej zadka nie urywa. Jest szeroka, piaszczysta z bardzo drobnym piaskiem, który pięknie opalizuje pływając w słońcu. Ale tez jest bardzo mocno pokryta chwastami z morza, które mokre wyglądają jakby jakiś szalony DJ pociął całą swoją kolekcję taśm magnetofonowych z lat 70-80 i rozrzucił po plaży. Pierwsze wrażenie jest jednoznaczne: ale tu brudno! Choć to nie jest brud tylko natura 🙂

Druga sprawa to słone jezioro zaraz obok, powoduje, ze praktycznie nie ma wydm ani wzniesień przy plaży, łyso trochę…

Dodatkową atrakcją (tylko nie wiem dla kogo większą) są wycieczki konne po plaży z oglądaniem kąpiących się golasów 🙂

Ale odległość od łóżka jest zdecydowanym plusem tej plaży!

Exotic Beach, Kos

Nie ma co owijać w bawełnę, to jest zdecydowanie najlepsza plaża z wszystkich czterech na Kos, które odwiedziliśmy. Szeroka i piaszczysta z gruboziarnistego piachu, znacznie jaśniejszego niż ten, który widzieliśmy wczoraj na Tropical Beach. Przy samym brzegu drobne kamienie, po których spokojnie można zejść bez butów czy klapek. Dalej znowu piasek i bardzo przezroczysta woda. Nam się trafiło niesłychanie spokojne morze, dzięki czemu od razu przypływały do nas ławice średnich rybek, które bez pytania przystępowały do realizacji zabiegów kosmetycznych polegających na obgryzaniu złuszczonego naskórka 🙂 Rybny peeling na całego. Za darmo!

Na samej plaży najlepsza infrastruktura, jaką trafiliśmy na Kos. Każda para dostaje za 8€ swoją zagródkę, oddzieloną z dwóch stron parawanem, z parasolką (za niską, co wielokrotnie poczuliśmy) z suszonych liści na metalowej konstrukcji i dwóch leżaków i stoliczka. Pan zbierający myto za wynajem sprzedaje też napoje, mała puszka piwa kosztuje 2€. Zaskakujące jest to, że by kupić piwo zostałem wyraźnie poinstruowany, ze drogę do budki Pana muszę odbyć w gaciach. Zakładanie spodni rowerowych na słone i spocone ciało to jest taka frajda, ze skutecznie ograniczy nasze piwne apetyty tutaj 🙂

Generalnie plaża jest położona raczej w środku niczego, nie ma tu miasteczka, jest jedna tawerna jakieś 500m od plaży i w oddali majaczą jakieś małe ośrodki wypoczynkowe. Pojawiając się tutaj lepiej przywieźć z sobą napoje i jedzenie, jeżeli nie chce się ciagle ubierać i chodzić/jeździć za produktami.

Od napisu informującego o końcu plaży i nagości (na granicy z Magic Beach) można spokojnie przejść z 300-400m najpierw wśród golasów w opisanej wyżej infrastrukturze a potem wśród dzikich, ze swoimi parasolkami i szukających cienia w krzakach.

Wiekowo znowu zaniżamy średnią ale już nie jesteśmy jedynymi jak wczoraj. Kilka par w naszym wieku lub młodszych się trafi. Plaża bardziej rodzinna dużo par choć bez dzieci. Raczej ciężko na niej wytrzymać dłużej bez parasola wiec nie ma co żałować jewro na osłonę i ulgę. Bo skwar jest taki, ze mimo filtrów 30 – trochę nas poparzyło tutaj.

Dojazd rowerem okazał się nieco bardziej forsowny niż wczoraj ale za to zatrzymaliśmy się na przerwę w uroczym, jeszcze remontowanym, miasteczku przy samym lotnisku gdzie nawet udało mi się zgubić trasę 🙂 Potem przejechaliśmy jeszcze przez jakieś popularne miejsce, ni to wąwóz, ni to była kopalnia piasku. Dużo drzew, dużo cienia i dużo ludzi 🙂

Sama końcówka to zjazd do plaży po bardzo stromej i raczej mocno zniszczonej betonowej i piaszczystej drodze. Coś czuje, ze z powrotem będziemy z kilometr pchali rowery aż nie dociągniemy się do głównej drogi.

Zobaczymy. Ale i tak wysiłek był warty tego co tu zastaliśmy.

P.S. Jednak udało się wjechać na górkę w drodze powrotnej. Tylko chwila prowadzenia po piachu i dalej już pod górkę. Ale na końcu stwierdziliśmy, że to była najlepsza nasza wycieczka po Kos.

Tropical Beach, Kos

Trochę bez chronologii ale dopiero dzisiaj poczułem moc by pisać o nagich plażach na Kos. Wcześniej wieczorne wino all inclusive z zadziwiającą lekkością pozbawiało mnie weny. Dzisiaj siedzimy sobie na plaży Tropical Beach, na dwóch leżaczkach z parasolem za 8€, więc można pisać.

Plaża nie jest dla plażowych łazików jak my, jest raczej krótka i kamienista na brzegu a ciemno-piaszczysta w głębi. Do wody schodzi się po czymś co wygląda jak wylany beton (choć raczej jest kamieniem) poprzeplatany otoczakami. Głębiej są wielkie i śliskie głazy na których łatwo wywinąć orła. Plusem jest to, ze dzięki temu woda jest idealnie przejrzysta, widać wszystko do samego dna. To pierwsza plaża N na której jest jakaś „infrastruktura” tutaj. Leżaczki, parasolki, ohydne piwo po 3€. Można wypoczywać. Do podziwiania zamglone okoliczne wyspy. Może być, choć my jednak wolimy spacery wzdłuż brzegu, ale to po drugiej stronie wyspy.

Nasz „landlord” zmajstrował „podest” by bezpiecznie zejść do wody bez ryzyka rymsnięcia na głazy. To jest powszechny tutaj patent, worki z cementem wrzucone do wody, tężeją i robią za schodki. Trochę to słabe jest „wizerunkowo” ale zadziwiająco skuteczne.

Dojazd na plażę to zaledwie 20km, porównywalnie do tego co robimy zazwyczaj w drodze na Pogorię. Tylko, ze jadąc od jednego brzegu wyspy do drugiego trzeba się jeszcze wspiąć na górkę. Pi razy oko 200m wspinaczki i potem zjazdu. No i powrót, który jeszcze przed nami 🙂 Ale nasze wypożyczone rowery „miejskie” zadziwiająco dobrze dają sobie radę. Lekkie są, 24 biegowe, na cienkich oponach, tak cienkich, że jazda z górki po asfalcie to nowe wyzwanie :). Inna sprawa, ze zaplanowałem nam jak zwykle trasę cross-country po terenach, które żywcem wyglądają jak z meksykańskich filmów. Tym bardziej, ze drogę udostępniał nam siwy wąsacz w kapeluszu w swoim pickupie z ciepłym uśmiechem skrytobójcy 🙂

Miasteczko, w którym jest plaża to jakieś królestwo all inclusive, baseny z leżakami bez wchodzenia do morza, aquapark, dobre trzy kilometry jechaliśmy by kupić piwo i wino. Ale wracamy już asfaltem, bez patrzenia na wwiercające się w nasze oczy, kozy. One są jakieś dziwne i niepokojące. Stoją na wzgórzu w stadzie i wszystkie się gapią jakby pierwszy raz widziały człowieka. A tu znikąd pomocy, normalnie…

Previous Older Entries

Twitter Updates