„Have you ever dance with the devil in a pale moonlight?”

Tak wiem, to Batman, totalnie bez związku z obecną sytuacją, lepszy byłby cytat z „Deszczowej piosenki” ale to jest taka klisza, że aż boli.Zdjęć w tym wpisie nie będzie, bo byłyby zbyt intymne, a przecież nie o to chodzi, przynajmniej w strefie wizualnej 🙂 
Od tygodnia leżymy w Balatonbereny nad (szok!) Balatonem i nasze dni sprowadzają się do: pobudki, spaceru na kawę, zaopatrzenia się w wino i kiełbasę, leżenia plackiem nad wodą i wieczornych peregrynacji po okolicy w poszukiwaniu najlepszej zupy gulaszowej i gulaszu z kluskami oraz, oczywiście, białego wina na koniec dnia. Easy living, by tak dalej utrzymać muzyczne klimaty. 

Balatonbereny w tym roku totalnie nas zaskoczyło! Bereny Motel z całkowicie wymienioną elektryką, na korytarzu juz nie ma wspólnych lodówek zamykanych na kłódki! Teraz mamy swoją lodówkę w pokoju! Pokoje odmalowane, na drzwiach nowe numerki, za oknem pole do minigolfa. Łóżka prawie nowe, krzesełka nowe, pościel nowa, naprawdę, jesteśmy w szoku. 
Na części dla samochodów/namiotów pojawiło się wiele nowych domków, aż by się chciało skorzystać! Pojawiły się ze dwa rzędy, tam gdzie wcześniej była trawa. 

„Margareta” wciąż karmi doskonale, zupa gulaszowa i gulasz z kluskami rządzą. Do tego wino „w beczce” przy wejściu do kąpieliska. „Janos csarda” wciąż karmi znakomicie, a do tego ma świetne wino, trochę alkoholowe, ale do tego ich żarełko wspaniałe smakujące. Tylko „Korona” nie nadaje się do odwiedzin w sprawie żywienia. Za to kawa o poranku (czyli przed dwunastą) przy kąpielisku miejskim świetnie nas budzi do życia. Pózniej Pilsner na naszym kempingu (broń Boże, nie należy tam jeść!) przed wyjściem na skwar tutejszego słońca i słodkie lenistwo z książką/tabletem i przyniesionymi trunkami do 19:00, aż zelżeje upał. Tylko pociągi wydają się zatrzymywać rzadziej, ale może to z powodu tego, że nie byliśmy tu tak wcześnie w lipcu. 

Ale przecież ten wpis nie jest o tym, jest o deszczu! Deszczu, który, zgodnie z zapowiedziami przyszedł do nas około 16:00 w niedzielę. Początkowo wyglądało na to, że będzie to krótka burza, trochę błysków, coś tam pokapie i po wszystkim. Teraz jednak się zasnuło na maksa, deszcz leje równo od dwóch godzin i nie zostawia nadziei na to, że uda nam się wyjsć na kolację suchą stopą. Ale ten deszcz to jest jednak cudo! Na początku szpilki deszczu, na rozgrzane ciała, jak mały grad, kłujące po twarzy i nie tylko. Balaton wyglądający, jakby zaatakował go (tutaj chyba to adekwatna nazwa) brunatny szkwał, wiatr tak mocny i siekący po łydkach i cycuszkach, że trudno wytrzymać. 
A potem nastąpił spokój, deszcz zaczął padać miarowo, spokojnie, pionowo. Idealny klimat na nagi spacer, kiedy ciało już nie krzyczy z powodu różnicy temperatur, można się wykąpać, komary i pszczoły uciekły. Czy jest piękniejszy widok niż deszcz padający na ciało ukochanej osoby? Chętnie posłucham podpowiedzi. Ja wiem, ze to co widzieliśmy i czuliśmy wzajemnie, było niezapomniane. Przytulić się nago w deszczu, poczuć ciepło, poczuć zapach rozgrzanej skóry, zmieszanej z zapachem mokrej ziemi, stać się na chwilę dzieckiem taplającym się bezkarnie w kałuży, nim przyjdzie Mama. Niewinność i beztroska! Jezzu, jakie to doskonałe!!!

No i właśnie przestało padać, idziemy na obiad! 🙂

Reklamy

Primorsko #2

Powoli zaczynamy się żegnać z Primorskiem, zostały nam jeszcze dwa dni. Dziś wieczorem nastąpi ten moment, kiedy będzie można się odprawić w RyanAir za darmo, a to oznacza, że do wylotu zostało nam 48h. Z jednej strony smutno się robi ale z drugiej wesoło, bo chyba znaleźliśmy nasz nowy Koktiebel, po tym jak oryginalny zabrał nam Putin, anektując Krym. Wybraliśmy też idealny, z naszej socjopatycznej sekty strony, czas na wypoczynek. Teraz zaczyna się tu robić już tłoczno i gwarno, samochody na odpalonych silnikach (bo klima) stające gdzie popadnie, wrzask na plaży tekstylnej tak wielki, że czasami dochodzi, aż do nas, poblokowane samochodami chodniki, itp. No i „Zagorka Retro” – jedyne pijalnie piwo Bułgarskie właśnie podskoczyła w knajpie z 2,50 Lewa na 2,60!!! Sezon nadchodzi w sposób nieubłagany. Dlatego my uciekamy do Polski! Tam cieplej ponoć nadal 🙂

Plaża N też kwitnie z dnia na dzień, zaczyna tracić powoli ten emerycko-rodzicezmałymidziećmi charakter, pojawia się pełny przekrój społeczeństwa. Za dwa tygodnie trzeba będzie rezerwować miejsca o poranku 🙂 A plaża jest piękna, ta zupełnie nie słona woda (chyba mniej niż Bałtyk) jest szczególnie zaskakująca, przecież na Krymie nie dało się wytrzymać bez umycia twarzy po kąpieli, a tutaj pływam z otwartymi oczami pod wodą i nic. A to to samo morze jakby nie patrzeć. Woda idealnie przezroczysta, jej temperatura też wydaje się być doskonała na upały jakie mamy od kilku dni. Piasek jak brokat na nogach. Nie chcę się odkleić, nawet mimo kąpieli. Wino na plaży smakuje tak cudownie. Muzyka z barów plażowych jeszcze tak nie napierdala jak to będzie w sezonie. Normalnie bajka.

Tylko dzisiaj coś boleśnie upierdziiło jaśniepana w paluszek u stópki. Jakaś gadzina w piachu na plaży, jak ukąszenie osy. Nawet mam wound na paluszku. Na razie nie puchnie, ale jak relacja zamieni się w pythonowskie „aaaaaaarrrggghh” to znaczy, że to koniec i nie będzie dalszej części.

A nogi bolą nas też z innego powodu – zrobiliśmy sobie spontaniczną wycieczkę do Begliktash, tutejszego Stonehenge – potężnej konstrukcji sprzed naszej ery, sanktuarium zbudowanych z niewiadomo jak sprowadzonych tam kamieni. Napis na kierunkowskazie brzmiał „5km” tylko bez gwiazdki z dopiskiem „po rozpalonym asfalcie, w pełnym słońcu i pod górkę” 🙂 No a, że potem jeszcze była możliwość zobaczyć zatokę Ropotamo, to cała trasa zrobiła się w okolicach 18 km 🙂 Dawno tak długo nie bolały nas nogi po spacerze. Ale Begliktash – zdecydowanie polecamy, bo zatoka Ropotamo jednak traci przy bliższym spotkaniu naszym zdaniem. Sprawia wrażenie brudnej i zapuszczonej, ale może to zmęczenie, nie wiemy…

A z kronikarskiego obowiązku jeszcze kilka kwestii/zagadek/niezrozumień sytuacji, które zauważyliśmy…

Kawa! To chyba jakiś obowiązek, mieć przy domu automat Lavazza/Saeco/Siemens serwujący kawę. Za 40-50 stotinek – espresso, za 60-70 – cappuccino. I wszyscy to walą na potęgę! Jedne automaty lepsze, drugie gorsze, widać że kawy dobrej to tu się za bardzo nie używa, ale jednak nie jest to ohydne 3w1 z polskich automatów. Kawiarni mielą kawę przed parzeniem, dorzucają plastikowe mieszadełka i da się to wypić ze smakiem. Na początku byliśmy nieufni, bo picie kawy w taki upał wydaje się nierozsądne, ale chyba jednak oni wiedzą co czynią, taka kawa świetnie rozrusza ciało ospałe z powodu upału. Da lekkiego kopa ale nie wywali tętna w kierunku zagrożenia życia. Tak więc pijemy, nawet przed śniadaniem, w wersji bez cukru, która i tak potrafi być podejrzanie słodka.

Wypominki, chyba tak się to nazywa po polsku. W Primorsku na bardzo wielu drzewach wiesza się klepsydry ze swoimi zmarłymi aby uczcić rocznicę/miesięcznicę śmierci. Albo wiesza się na domach takie duże czarne kokardy symbolizujące żałobę. Te klepsydry przeważnie są zafoliowane tak by wytrzymały przypięte jak najdłużej. Nie mamy pojęcia czy wiesza się je przy okazji jakiegoś święta, czy w konkretne rocznice bo czas od śmierci był bardzo zróżnicowany. Zaskakująca tradycja.

Męcząca i dość upierdliwa jest obowiązująca tu jakaś szalona „kwitkoza” i „paszportowa”. Pani w kasie sprzedaje bileciki, powycinane równiutko, a do nich przyczepia małe karteczki w kratkę, na których napisany jest ten sam numer co na bilecie. Wszystko po to by kierowca oderwał sobie tą karteczkę. Jacyś są tacy zafiksowani na takich drobnych formalizmach. Chcesz oddać bagaż do przechowalni na dworcu – pokaż paszport, bez tego nie ma szans. Z kolei przy odbiorze, nie starczy potwierdzenie, które dostałeś – musisz jeszcze pokazać paragon, bo tam widać, ze zapłaciłeś za trzy sztuki bagażu. Co z tego, że numerek z potwierdzenia jest na wszystkich trzech torbach. Musi być paragon 🙂

A już najdziwniejsze jest zadanie pokazania paszportu w kantorze przed wymianą kasy! W jednym! Bez paszportu nie wymienisz! W pozostałych i owszem 🙂 Normalnie trochę z Wogonów mają Bułgarzy. W Burgas każdy autobus miał swój przystanek, miejski autobus. Trzy przystanki obok siebie, na każdym jeden rozkład 🙂 Albo te kasy biletowe – chyba z pięć na dworcu, w każdej siedzi pani znudzona śmiertelnie i sprzedaje bilety na pojedyncze kursy. Do Primorska kasa numer trzy, do Sozopolu – dwa. No chyba ze nikogo nie ma, to wtedy u kierowcy za gotówkę 🙂 Niepotrzebnie przeszkadzające w życiu drobne pierdółki z wielkim pietyzmem odgrywane.

Śmiesznym drobiazgiem jest też umiłowanie do włoskich zwrotów „Ciao” i „Merci” zamiast własnych słów oznaczających „Do widzenia” i „Dziękuję”. Ciekawe skąd to się wzięło…

Miałem jeszcze pisać dokładniej o klasycznym przypadku agresji drogowej, którą sprowokowałem pukając się w czoło w kierunku człowieka, który niemal nie rozjechał nas na scieżce, którą uznał za skrót swojej drogi ale w sumie po co sobie psuć krew 🙂 Niech pozostanie tylko konstatacja, że nigdy nie spodziewaliśmy się, że wurwiony do granic możliwości siedemdziesięcioletni grubas w ramach retorsji potrafi uszczypnąć w rękę nieznanych mu kobietę i mężczyznę, a przy okazji poza próbą zepchnięcia z drogi naszej dwójki, niemal rozjechać kolejną parę. I ta komiczna bezsilność na pytanie „Do You Speak English?” – wykrzyczane po bułgarsku coś co odczytaliśmy jako „Ty się urwa naucz mowić po naszemu” (skoro mam cię rozjechać) :). Ksenofobia i antypolonizm godna interwencji Gazety Wyborczej i Krytyki Politycznej 🙂

Ale, żeby zakończyć ten wpis pozytywnie, chciałbym jednak odnieść się do najważniejszej uczestniczki i istoty całego tego wyjazdu, jak i wszystkich wcześniejszych – mojej kochanej Żonki! To, że po tych wszystkich latach potrafimy wciąż spędzać wspólnie czas tak wspaniale i tak na 100%, siedząc na plaży, idąc na spacer, jadąc autobusem, czy jedząc jedzenie – cały czas rozmawiając, śmiejąc się, a czasami i płacząc. To wszystko to jest Twoja robota! Jesteś sensem mojego życia i jego atomowym napędem! Kocham Cię i proszę o więcej. Jesteś jedyna w swoim rodzaju!!!

A teraz jedziemy z fotkami z żarciem, które nam się udało zjeść na urlopie!!!

Sałatki! Na tym to Oni się znają!

Pyszne mięsko, Kavarma

A tu coś zadziwiającego, smażona wątróbka i smażone flaczki, szkoda, że takie tłuste. Chłodnik – TaratorZupa fasolowa i kulki z mielonego mięsa. Grilowana Skumbria, czyli MakrelaKurczaczek na ubertlustym ryżu. No i hranolky z kaszkawałem, musiały być. A poza tym też odrobina czeskiej klasyki. I to by było na tyle 🙂

To całe jedzenie za bardzo „dupy nie urywa”, w porównaniu z Krymem pewnie się nie ma szans mierzyć. Ale nie zapominajmy, że byliśmy tam przed sezonem. Wrócimy tu! Choćby po to, by spróbować tego co serwują tutaj: omlet i MiszMasz!

Primorsko #1

Do Primorska jechaliśmy we wtorek w strugach deszczu, jak się okazało, uciekając przed nim z Burgas, by natychmiast wylądować w ulewie w Primorsku. Marszrutka i jej kierowca przywoływał chyba najlepsze tradycje jazdy, które kojarzymy z Krymu i Gruzji. Gaz do dechy i popylamy po nierównej drodze szybkiego ruchu nie zwracając uwagi na innych uczestników. No ale 50 km szybko pyknęło. W sam raz po to by uciekać przed deszczem 🙂 Nie ma się co oszukiwać, ten wtorek to była zwała jak cholera! Deszcz, zimno, kurtki na korpusach, totalna martwica w mieście. Chodziliśmy z jedną myślą w głowach: „ale wtopiliśmy, jesteśmy tu zdecydowanie o kilka tygodni za wcześnie, tu wszystko jest zamknięte, a pogoda fatalna”. Hotel, który udało się nam zarezerwować okazał się być bardzo sympatycznym miejscem, nowy, czyściutki, z własną łazienką i kibelkiem. A do tego z klubem gier na PlayStation na dole budynku – na wypadek niepogody 🙂 Tyle, że my przyjechaliśmy się opalać. Wizyta na zmoczonej deszczem plaży jeszcze bardziej przybijająca. Chyba tylko nieczynne wesołe miasteczko jest bardziej depresyjne, niż plaża N w niepogodę.

Na szczęście w środę wszystko już się odmieniło, co prawda znowu straszyła burza, ale tym razem skończyło się tylko na kilku kroplach deszczu. Miasteczko zdecydowanie dopiero budziło się do przyjęcia turystów. Nieliczne knajpki już się otwierają, sklepy powoli zwożą lodówki na piwo i napoje. W wielu miejscach buduje się nowe ogródki, naprawia zniszczone balustrady, wydaje się, że już w ten weekend wszystko powinno ruszyć. Zapewne, jeszcze na pół gwizdka, ale nam to w zupełności wystarczy.

Po wyjściu z naszego hotelu, musimy przejść 150 m po asfalcie i już schodzimy po schodkach na plażę. A tam spacer do plaży dla golasów 1100 metrów po piasku. Plaża bardzo przyjemna, piasek znacznie jaśniejszy niż ten który widzieliśmy w Burgas i trochę nas niepokoił. Na plaży jeszcze niewielu golasów, nie dziwne skoro tekstylne plaży również są puste. Kilka osób na wydmach, kilka na samej plaży. Woda przyjemnie chłodna, tak w sam raz by się zrelaksować po opalaniu. Oby tak dalej!

 

Oczywiście, nasze szczęście! Siedzieliśmy sobie spokojnie na naszym kocu i nagle widzimy taki obrazek, mamusia prowadząca za rękę córkę, na oko sześcioletnią, zatrzymuje się i na cały regulator do tejże córki rzecze pokazując palcem: „Same staruchy i grube dupy! Fuj! Fuj! Fuj!” i odchodzi w dal. Chyba nie była przygotowana w drodze powrotnej do dyskusji na temat wielkości jej dupy i wieku oraz pogawędki na temat tego, że uczy dziecko pogardy wobec innych. Zrobiło się bardzo niemiło. Ale więcej tu nie przyjdzie, to pewne! Uciekała fak szybko, że niemal porzuciła samotne dziecko między dwójką nagich ludzi. Zadziwiająca jest ta „odwaga bycia poza zasięgiem” kiedy wydaje ci się że mówisz rzeczy niezrozumiałe dla innych i czujesz się tak bohaterski, a potem następuje twarde lądowanie. A ja wyznaję zasadę, że z chamstwem trzeba walczyć „siłom i godnościom osobistom” w sposób absolutnie bezwzględny.

Do plaży można też dotrzeć starą drogą towarzysza Todora Żivkova do jego nadmorskiej hacjendy, gdzie własnymi ustami konsumował kawior jako przedstawiciel proletariatu i ludu pracującego miast i wsi. Skurwiel się ustawił! Taki kawał świata sobie na własność wygrodził! Tyle lat tu pociągnął. Ale przynajmniej na koniec życia go osądzono i zamknięto w areszcie domowym. Nie to co u nas, gdzie takie typy chowa się bezkarnie z wojskowymi honorami w państwowym obrządku.

Idzie się przez stadninę koni i dochodzi do pozostałości ogrodzenia, które trzydzieści lat temu było pewnie strzeżone przez uzbrojone po zęby wojsko. Potem 200m po świeżym podeście do uruchamianego właśnie baru na plaży i obok (a właściwie po dwóch stronach) pozostałości betonowego mola, które odgradzało Todora od jego pobratymców, rozkładają się „nasi”.

Podejście do nagości wydaje się tu bardzo liberalne tak a’propos. To, że topless jest wszechobecny to nic zaskakującego ale zauważyliśmy też, że czasami zdarza się, że na kawałku bardziej pustej plaży między dwoma płatnymi, rozbija się jakiś golas. I nikt nie robi sensacji, oczywiście poza panią z Polski 🙂

Na południowej części plaży w Primorsku też ponoć jest jakaś miejscówka N, ale chyba na razie będzie ją ciężko zlokalizować bo jest nas tu malutko, póki co. Szacuję, że tak 20-30 osób w ładną pogodę się pojawia…

Ale od dwóch dni siedzimy w nieczynnym Laguna Bar na plaży, fajnie w cieniu można się schować, piwo zamówić w odległym o 100m barze w części tekstylnej, przynieść sobie i cieszyć się nagimi wakacjami all inclusive 🙂 Widoki przepiękne, pogoda dziwna, jest super!

Wizyta w umarłym mieście

Gdy po raz pierwszy usłyszałem nazwę miasteczka Kiten od razu zobaczyłem Toma Waitsa i jego interpretację Reinfielda w Drakuli Coppoli: „A little Kitten for my master!”

Ale to chyba jest jednak inna historia 🙂

Pospacerowaliśmy do Kiten, bo dało się tam dojść prawie w całości plażą i było względnie blisko. Co miłe, plaża od Primorska w tamtą stronę jest jakaś taka „twardsza”, mniej się człowiek zapada w piasku. Oczywiście wzdłuż drogi jeszcze wszystko jest na wpół żywe, knajpki dopiero się odnawiają, ale spacerek wychodzi bardzo przyjemnie. Nawet wypatrzyliśmy kilku golasów na Południowej Plaży. Tutaj z tym nagim opalaniem to jest chyba jakoś inaczej, chcesz się rozebrać to to robisz między tekstylnymi i nikomu nic do tego. Po prostu. Poza tym topless jest bardzo popularny u pań. Freedom! Droga na południe wiedzie wśród bardzo ładnie przygotowanych plaż. Wszystko wyczesane jakimś ciągnikiem, jak świeżo golony wzgórek Wenery. Równiutkie, z symetrycznie ustawionymi parasolami po 7 lewa za sztukę, widać, ze sezon zaraz wybuchnie. I tak sobie szliśmy, szukając ładnych muszelek w kierunku „Kiten for my Master”.

A tam totalna martwica, chyba tak wygląda Łeba w lutym! Słońce wali na maksa a na ulicach widoki jak po ataku zombie. Sklepy niby czynne…. choć nie do końca. Hamburgera zjeść można ale piwa się napić to już słabo. Chodziliśmy chyba z godzinę nim znaleźliśmy miejsce z napitkiem. Dziwne doświadczenie, trochę jak spacer po mieście gdzie spadł śmiertelny deszcz. Pewnie za dwa-trzy tygodnie te wszystkie blokowiska zapełnią się letnikami. Ale póki co, teraz wyglądają strasznie. A tak poza wszystkim, miasteczko wydaje się być urocze, lepsze od naszego Primorska. Jednak tutaj chyba warto przyjeżdżać w lipcu.

Koty i gigantyczne mewy

W tym roku padło na Bułgarię w czerwcu, a że czerwiec zaczął się równie dziwnie jak maj, to znaczy – słabą pogodą, nie wiem jak nam te dwa tygodnie wypalą. Plan był raczej prosty, lecimy do Burgas, jedziemy do Primorska i przez niemal dwa tygodnie leżymy na plaży N i nadrabiamy zaległości w opalaniu. Być może aura postanowiła jednak zrewidować nasze plany bo pogoda jest, delikatnie mówiąc, dynamiczna. Dzisiaj dwa razy chowaliśmy się przed deszczem. Słońce dawało ognia momentami a potem robiło się zimno i deszczowo. Ciekawe co będzie dalej.

Przylot do Burgas z Krakowa to też fajne doświadczenie, dawno nie lataliśmy na własną rękę z wszystkim załatwionym w telefonie, więc całkiem przyjemnie było. Zbliżamy się do hotelu a tu w telefonie rezerwacja z Booking-com, dojeżdżamy na lotnisko, a tu karta pokładowa na podorędziu. Miło. Samolot, wiadomo, wznosimy modlitwy by siedzieć daleko od dzieci, które w samolotach ryczą. Ale co z tego, niektórzy dorośli też ryczą! Mają dwie godziny by posłuchać muzyki, poczytać książkę, powyglądać przez okno ale po co? Lepiej ryczeć! I łazić! I ryczeć! Boże, co za szczęście, że wymyśliłeś słuchawki 🙂

Na lotnisku w Burgas oczywiście napadli nas taksówkarze, jakże mogłoby być inaczej 🙂 „Burgas? Sozopol? Złote Piaski? Szoping?” Fuck yeah! Szoping! Po to tu jedziemy objuczeni bagażami, by kupować w bułgarskiej Zarze 🙂 Wiadomo! A w odległości 50m od wyjścia z lotniska przystanek autobusu numer 15, który zawiózł nas do centrum za całe 1,5 Lewa od osoby. W każdym autobusie jest sprzedawca biletów, co nieco szokuje w naszych czasach. Zupełnie zbędna praca, utrzymywana tylko po to, by człowiek miał co robić. Sorry, inaczej się tego nie da skomentować. Tym bardziej ze autobus miał jakieś urządzenia do sprzedaży biletów. A bilety wyglądały jak te sprzed 10 lat z Ukrainy…

Pogoda w sumie jest taka sama jak miasto, w którym obecnie jesteśmy. Burgas to oksymoron. Mają fajny park nad morzem, promenadę po całości wzdłuż brzegu, znośny deptak w centrum starego miasta, ale to co się dzieje po przejściu kilkuset metrów w kierunku, na przykład, dworca zachodniego – sprawia, że oczy nie mogą przestać krwawić. Brzydota, brud, straszne blokowiska, Bytom przy tym to zadbane miasto.

Waluta Bułgarii jest przyklejona na sztywno do kursu Euro więc bez obaw można tutaj przywozić najwspanialszy wynalazek naszej wielkiej socjalistycznej ojczyzny zamiast tutejszych Lew(ów) bez ryzyka przepłacenia. Tym bardziej, że w polskich kantorach Lewy raczej tanie nie są. Przy kursie 2,22 w kantorze trzeba zapłacić około 2,30. Jakie było moje zdziwienie gdy okazało się, ze kantory płaca za Euro więcej niż oficjalny kurs 1,94 Lewa za Euro przy oficjalnym 1,93. Sprzedają oczywiście jeszcze drożej za 1,957. Nic z tego nie rozumiem. Ale z moich obliczeń wychodzi, ze po podwójnym przewalutowaniu zapłaciliśmy 2,20 zł za Lewa, prawie tak dobrze jak przelicznik Revolut, z którego oczywiście ochoczo korzystamy.

To co w Burgas nam się najbardziej udało to miejscówka. Zarówno rewelacyjny A16 Hostel w odległości 200m od dworca kolejowego (chyba najładniejszego budynku w mieście) i autobusowego jak i jego otoczenie w postaci dwóch piwiarni z kraftowych piwem w zasięgu 30m od noclegu 🙂 Papa Beer daje radę, choć przyzwyczajeni do częstego płodozmianu na kranach przez trzy dni piliśmy to samo i było nam trochę przykro. Za to można było wybierać wsród zagranicznych butelek. Na kranach browar bułgarski Glarus i Stone Brewing. Drugie miejsce to browar Pivovarnata, ze standardową ofertą: pils, marcowe, pszenica i IPA. Tu nas nic nie urzekło więc byliśmy tylko raz.

Na zwiedzanie miasta mieliśmy całą niedzielę i trochę nam się udało potupać. Zdecydowanie najjaśniejszy element to piękny park nadmorski z mnóstwem ścieżynek i pomników. Zarówno tych normalnych z popiersiami jak i nowoczesnych do bólu zębów. Jest gdzie się schować przed upałem po plaży, my chowaliśmy się przed deszczem. Plaże w tamtej okolicy tez wyglądały bardzo przyjemnie, czekając na brakujących jeszcze z racji pogody plażowiczów. Molo w okolicy raczej nie może równać się z tymi znanymi z Polski, drewnianymi. Beton trochę straszy, ale tak to tam chyba wyglada zazwyczaj. Jeszcze kilka przyjemnych deptaków w centrum, z kawiarenkami i sklepikami z wszystkim co potrzebne na urlopie. Nad miastem góruje niestety ohydny „Hotel Bulgaria” w trakcie remontu straszący ciemnymi oknami. Liczyliśmy na to, że go właśnie burzą, ale chyba jednak to jest remont. Poza tym miasto jest upstrzone pomnikami braterstwa i walki o socjalistyczny raj, które u nas już chyba nie mają miejsca. Monumentalne budowle socrealizmu można porównać do Nowej Huty może… Tak samo paskudne. Poza tym, jest brud, nie oszukujmy się, poza reprezentacyjnymi miejscami, wszyscy mają wyebane na koszenie trawy, sprzątanie trawników. Drogi dla rowerów, namalowane na asfalcie, omijające hydranty znienacka wyrastające im na drodze, przejazdy przez ulicę, które są nagle w miejscu przejścia dla pieszych! Totalny chaos. Ale na folderach wygląda to zacnie, nie ma co narzekać 🙂 Ach! Zapomniałbym o zadziwiającym umiłowaniu do sklepów z częściami do samochodów! Tyle akumulatorów i oleju silnikowego, które mogliśmy kupić przez te dwa dni, to głowa mała. A w przerwach – gumowe lale z sexshopow 🙂 Nie pytajcie mnie jaka „niewidzialna ręka rynku” nakazuje przeplatać kwasowe akumulatory i sexshopy na jednej ulicy 🙂

Na szczęście są też koty! Dobrze wyglądające! Zadbane! Smukłe! I w ten doskonale koci sposób obojętne! „Dajesz mi rybkę? Może zjem, ale wiedz, że wielu wcześniej mnie tym kusiło i nie zawsze się zdecydowałem”. One są tutaj takie puchate i spokojne. Chodzą między ludźmi jak by to były snopki siana. Bez lęku, że je ktoś przegoni albo zechce pogłaskać. I ludzie też są idealnie na nie obojętni. A kot potrafi zasnąć na przystanku, w trakcie deszczu, wśród ludzi – bo tam mu nic nie kapie na wąsy! Magia!

Są też te dziwnookie stwory, zaklęte w mewy XXL, to chyba te Glarusy znane nam z nazwy z piwnego światka. Za dnia śmieją się jak zwariowane staruszki by w nocy płakać jak dzieci. To zaprzeczenie „ptasich móżdżków” jest. Widzieliśmy jak taka jedna wyfruwała na dwadzieścia metrów, zwalniała by nie stracić ze wzroku swojej zdobyczy i otwierając powoli dziubek, rzucała o asfalt znalezioną w morzu małżą w skorupce. I tak do skutku! Kierowcy samochodów parkujący w okolicy musieli się chyba przyzwyczaić, bo pozostałości jej działań były wszędzie.
I tak! Lody są zacne! Śmietankowe, maślane wręcz, w najlepszym ukraińskim stylu (wiem to Bulgaria), jaki pamiętam z dzieciństwa w okolicach Czernobyla (to taki clickbait z powodu serialu HBO, który jest dobry). Można popróbować przed zamówieniem większej porcji, jest błogo.

O jedzeniu to na razie nie będę nic pisał, bo zakładam, że źle trafiliśmy. Jakieś nibyfastfoody albo inne bary dla biedoty. Jednak te małe rybki „Caca” (o ile dobrze pamiętam) to jest coś na czym dalibyśmy radę przeżyć dwa tygodnie. Niby przegryzka do piwa ale jest moc, je się je całe, z głowami, „jebią rybą” jak cholera ale pyszne są jak nie wiem co. Są też większe, ale mają trudniejsze nazwy, więc nie napiszę jakie, mają za to więcej mięsa. Coś mi się wydaje, ze to będzie nasza podstawowa żywieniowa rutyna…

Piwo poza kraftowymi pubami to klasyka: Staropramen (oni to mają ciśnienie na ekspansję) i eurolagery: Kamienica i Burgasko, smakujące jak wszystko inne w tej części świata.

Ach! Nie napisałem o porcie Burgas, oknie na świat, jak mogłem zapomnieć. Wystarczy się przedrzeć przez 100m błota i rozrytego asfaltu i wchodzi się do świątyni hipsteriady z tymi wszystkimi drucianymi abażurami i dudniącym drum’n’bass czy jak tam się to nazywa. I tak! Jest tam koszmarnie pusto, choć foldery reklamowe sugerują coś innego.

Previous Older Entries

Twitter Updates

Błąd: Twitter nie odpowiada. Poczekaj kilka minut i odśwież tą stronę.