3 Urodziny Sommer Residence

„Znów do mnie przyszła z samego rana,
jeszcze zaspana, niedoubrana,
w osobie własnej Jej Eminencja –
Ambiwalencja.”

IMG_2725

To była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy podsumowywałem sobie nasz pobyt w Kuniowie. Lepszego słowa niż „Ambiwalencja” nie znam na określenie tego co czuliśmy wychodząc z Sommer Residence.

„Minutę po niej zaraz się zjawił
co nieco senny, lecz wszedł na jawie,
ten, z którym nieźle też jestem zżyty –
Mister Sceptycyzm.”

Wiedzieliśmy, że wizyta na nocy saunowej w Sommer Residence to całkowicie inna para kaloszy, niż to, co zazwyczaj nam się przydarza na tego typu imprezach.

„Po chwili ciszy znowu pukanie,
szyfr już poznaję, wiem, kto w drzwiach stanie,
miło ją widzieć, choć wpada co dnia –
Panna Ironia.”

Przygotowaliśmy się zatem mentalnie, na bardziej „ludyczny” charakter imprezy. Wiedzieliśmy, że czeka nas inwazja współczesnego koszmaru estetycznego Polski – czyli muzyki „biesiadnej”, która niepostrzeżenie weszła już na „salony”. Właściwie, na uszach jest to gwałt tej samej intensywności co „Despacito” i inne tzw. letnie przeboje, więc nie ma co kruszyć kopii, taki mamy klimat. Przecież jechalismy tam dla seansów saunowych. :)

IMG_2741

Pierwsze zaskoczenie – już na parkingu, tylu samochodów nie widzieliśmy tam wcześniej nigdy. Po wejściu do saunarium okazało się, że chyba wszystkie te samochody przyjechały z „zawartością” na noc saunową. Mimo tego, że byliśmy około godziny przed oficjalnym otwarciem imprezy, właściwie wszystkie miejsca przy stolikach (których było znacznie więcej niż pamiętamy z wcześniejszych wizyt) były już pozajmowane. Na szczęście znaleźliśmy (jak się okazało, najcichsze) miejsce na pięterku w bezpiecznej odległości od dancefloor’u.

Drugie zaskoczenie: to jest prawie setka osób, ale nie znamy nikogo poza saunamistrzami. Widać, że Kuniów swój sukces zawdzięcza całkowicie innej ekipie saunamaniaków niż pozostałe miejsca które odwiedzamy.

„A to nie koniec, bo jeszcze czwarty
gość się pojawia na ranne party,
bardzo mi bliski i w okularkach –
Kolega Sarkazm.”

Trzecie zaskoczenie: mieliśmy wrażenie, że seanse saunowe nie są istotą tego spotkania. To spotkanie towarzysko-imprezowe, z przerwami na saunowanie. Potwierdziło się to już przy pierwszym seansie o dwudziestej, kiedy ze zdumieniem zauważyliśmy, że nie wszyscy którzy siedzą przy stolikach wstają by pójść na seans. Znacznie większym zainteresowaniem cieszył się pierwszy posiłek po seansach – tam naprawdę był tłok. Potem już tylko utwierdzaliśmy się w tym przekonaniu, że wiele osób przyjechało na tą imprezę by się najeść, napić, pójść na kilka seansów, ale przede wszystkim spotkać ze znajomymi, opowiedzieć o sukcesach swoich wielomilionowych biznesów, poopowiadać sprośne kawały, pozachowywać się tak, jak zazwyczaj zachowujemy się na urodzinach u znajomych czy też w pubie w piątek.

IMG_2811

Warto zwrócić uwagę na interesującą organizację sensów saunowych. Bardzo prosty pomysł, ale doskonale rozładowujący tłok spowodowany ponad 100 osobową (tak się nam wydawało) grupą gości. Seanse odbywały się w trzech saunach, ale nie było to równolegle. W pierwszej saunie seans rozpoczynał się o pełnej godzinie, w kolejnej pięć po pełnej, w kolejnej 10 po pełnej, i dodatkowo w saunie parowej odbywały się seanse 15 po pełnej. Takie krótkie przerwy między początkami seansów powodowały, że nie było szans przeskoczyć seansu pierwszego na trzeci (co wykluczało nerwowe przemieszczenia co bardziej “zachłannych” saunowiczów), ale za to pod prysznicami i w baseniku do schładzania nie było aż takiego tłoku. Podejrzewam że pomagało to też w rozładowaniu tłumów przy karmidłach i poidłach.

„A gdy już noc się przed słońcem chowa,
najbardziej groźna wkracza osoba.
Ma najpiękniejsze imię z mych gości –
Mania Wielkości.”

IMG_2803

A jak same seanse? Tu właśnie zaczyna się problem. Nie wiem, czy to wynika z tego że nam się troszeczkę „w tyłkach poprzewracało” i wiemy czego chcemy w saunie, czy z innych powodów, ale na tak nierównej imprezie saunowej nie byliśmy chyba jeszcze nigdy w życiu.

Były seanse cudowne, jak kończący nasz pobyt w Kuniowie seans Roberta („Opera”) – po raz kolejny przekonaliśmy się, że to czego potrzebuje Robert to spokój wewnętrzny. Kiedy on przestaje się spinać, kiedy zatapia się w muzyce, aromatach i zaczyna ten swój taniec z ręcznikami i wachlarzami, pojawia się czysta poezja. Poza tym nie wiem, czy ktoś inny tak doskonale wygląda w garniturze w saunie! :)Naprawdę cudowny seans, bez napinki, fajnie dogrzany, świetnie pachnący, jeden z tych, które kupuje się nie tylko ciałem i słuchem ale przede wszystkim oczami!

Były seanse doskonałe, jak zaserwowany nam w ruskiej bani przez Marka. Byliśmy już przygotowani, na to czego należy się spodziewać przy klasycznym seansie w bani w Kuniowie, więc element zaskoczenia nas już nie dotyczy. Za to dotyczy nas ten nieprawdopodobny moment kiedy czujesz, że zamiast lać się na ciebie strumienie gorącej wody z witek brzozowych, nagle zaczynasz dostawać strzały wodą z drugiego pojemnika z lodem. A potem, na dokładkę jeszcze dostajesz polewanie piwem, czego chcieć więcej! Do tego jeszcze ta muzyka staropolska, wreszcie ktoś uciekł od tej mocno sowiecko zalatującej estetyki ruskiej bani, której nie lubimy. Marek poszedł w staropolskie klimaty. Czy ktoś z was był już na seansie machanym do Bogurodzicy (Antonina Krzysztoń jako wykonawczyni nam wyszła z dzisiejszych ustaleń)? Dla nas było to totalne zaskoczenie. No i to zaangażowanie pary saunamistrz-ukochana asystentka! Takie chwile się zapamiętuje na długo.

Był też seans bardzo dobry w wykonaniu Agaty. W oparciu o akcenty z „Gry o tron”, Agata wymachała nam bardzo przyjemny, narastający ciepłem seans, ze świetną kulminacją z użyciem flagi na drzewcu. Bez siłowych działań, na spokojnie, coraz cieplej, coraz cieplej. Z bardzo estetycznie wyglądającym tańcem z ręcznikiem i wachlarzami. Gdy patrzymy na tą przemianę z saunamaniaczki w saunamistrzynię, to czasami zazdrościmy. Kondycji, wzrastających umiejętności i samozaparcia dążeniu do celu. Brawo!

 

IMG_2748

Z drugiej strony mieliśmy okazję uczestniczyć w czymś całkowicie niezrozumiałym. Seans sprowadzony do gadania i zdejmowanie z siebie kolejnych warstw odzieży, gdzie machanie ręcznikiem wydawało się być dodatkiem do historyjki, którą chciał nam opowiedzieć prowadzący. Tak, był przejęty, był zaangażowany, ale ten sens nie powinien znaleźć się w programie imprezy.

Było też coś, czego nie mogę nazwać inaczej niż skandalicznym nieprofesjonalizmem prowadzących seans. Doprowadzić do sytuacji, w której dwie trzecie obecnych na seansie ucieka z pomieszczenia, z powodu całkowitego braku tlenu, to coś niewybaczalnego. Seans przeprowadzony w ruskiej bani, bez wietrzenia tejże (co było powszechną praktyką na wszystkich innych seansach), z użyciem „suchego lodu”, który prawdopodobnie zabrał nam cały tlen z pomieszczenia. Seans nie był gorący, seans nie był zimny, seans był nijaki, a do tego coraz szybsze oddychanie nie powodowało, że organizm dostawał odpowiedniej ilości tlenu. Uciekałem już seansów poparzony po plecach, uciekałem już seansów na których nie wytrzymywałem temperatury, wychodziłem już z seansów znudzony śmiertelnie na pograniczu katatonii. Po raz pierwszy uciekliśmy z seansu ratując się przed utratą świadomości z powodu niedotlenienia organizmu. Doświadczenie było tak przykre, że jeszcze przez dobrą godzinę odczuwaliśmy konsekwencje tego nieprofesjonalizmu saunamistrzów.

IMG_2752

Opisałem tylko te kilka seansów, które wyróżniały się na plus bądź minus. Pozostałe, których nie opisałem prezentowały całkiem przyzwoity poziom, a nawet więcej!

„Siadają tu, na moich krzesłach,
drylują mózg po pestce pestka.
Stoczyłem się naprawdę nisko –
wpadłem w złe towarzystwo.”

Sama impreza jest na całkowicie innym biegunie saunowego wypoczynku, niż noce saunowe, które znamy z Aquadromu, niż festiwale saunowe, które organizuje PTS, niż wreszcie normalne dni które odbywały się w Kuniowie, czy też wspaniałe konkursy na których byliśmy w Somer Residence. Ewidentnie jest to nie nasz klimat, wybierzemy się do Kuniowa na pewno jeszcze wiele razy, ale noce saunowe omijać będziemy dosyć szerokim łukiem.

Uczestnicy samej imprezy też w pewnej części byli ludźmi całkowicie przypadkowymi. Dało się to zauważyć w sytuacji kiedy jedna z pań postanowiła strzelić focha i obrazić się na resztę saunujących za to, że zwrócili uwagę, że w saunie stopy należy trzymać na ręczniku. Wymagało to od niej rozluźnienia ręcznika, który dokładnie okrywał jej ciało, więc wolała obrazić się na 30 osób i po prostu wyjść przed rozpoczęciem seansu. Zabawne ale symptomatyczne. Tak samo jak próby wnoszenia klapek do sauny i tłumaczenia pozostałym, że przecież „ja je tutaj będę trzymać obok siebie”.

„Po intelektualnych wizytach
nocą przychodzi druga ekipa.
Na czele zawsze nieco nadęty
Pan Dekadentyzm.”

Ilość alkoholu jaka lała się w trakcie całej tej imprezy (wiem, to były urodziny) też mocno zaskakiwała. Obyło się bez ekscesów, jednak niektórych uczestników ja bym już do sauny nie wpuścił z uwagi na ich własne i pozostałych bezpieczeństwo. Człowiek przysypiający w saunie z balonem zajumanym z galerii, w trakcie seansu – to mało przyjemna sprawa.

I wydaje mi się, że prześcieradła rozwieszone w ruskiej bani, dzięki którym mogliśmy z niej korzystać bez moczenia własnych ręczników, trzeba jednak zmieniać minimum raz na dwa seanse. Siadanie na mokrych i śmierdzących amoniakiem prześcieradłach po kilku seansach, które dosyć konkretnie parzyły w tyłek, to jest coś bardzo odległego od kultury poprawnego saunowania.

IMG_2822

Reklamy

Podsumowanie wyjazdu wakacyjnego 2017

jak zwykle – zaległy wpis podsumowujący naszą tegoroczną wyprawę:

  • pedałowaliśmy (w rozumieniu pokonywania szlaku a nie jeżdżenia po okolicy) przez 9 dni
  • przejechaliśmy 836 km (średnio 87km dziennie w dni pokonywania szlaku)
    na siodełkach spędziliśmy 49h 41m (średnio 5h 21m dziennie w dni pokonywania szlaku)
  • najmniejszy dystans dzienny to 51 km, największy to 129 km (w dni pokonywania szlaku)
  • noclegi kosztowały nas średnio 49zł od osoby za noc (Biorąc pod uwagę, że podróżowaliśmy częściowo w strefie jewro – nie jest tak tragicznie. Co ciekawe, najdroższy nocleg mieliśmy na Słowacji)
  • najtańsze noclegi za 37zł (namiot w Balatonakali) od osoby, najdroższe za 71zł (Bratysława)
  • wszystkie noclegi mieliśmy zarezerwowane wcześniej za wyjątkiem kempingu Balatonakali, z którym nie ma cywilizowanego kontaktu i tam musieliśmy wieźć namiot. Większość udało się znaleźć z wykorzystaniem serwisu booking.com, który daje radę całkiem przyjemnie. Tylko jeden nocleg okazał się dyskusyjny: „Vienna Travel Masters” – niby nic strasznego, ale jednak konwencja „hostelu samoobsługowego” jest nieco dziwna 🙂
  • w porównaniu do zeszłego roku jeździliśmy znacznie mniej (9 vs. 13 dni) ale taki był plan, to miał być w dużej mierze „plażowy” i stacjonarny wypoczynek.
  • detaliczna rozpiska całej trasy w załączonym pliku

Statystyka 2017

Poniżej wrzucam jak zwykle „klikalne” linki do miejsc noclegowych, z których korzystaliśmy. Szczegóły znajdują się w poszczególnych dziennych opisach, tutaj tylko linki:

Fun Cafe Cechova, Brzecław

Vienna Travel Masters, Wiedeń

Hotel Orlan, Bratysława

Penzion Ring, Komarno

Hostel Maria, Budapeszt

Naturist Camping Bereny, Balatonbereny

Naturist Camping Levendula, Balatonakali

Viktoria Panzio, Papa

Famulus Kollegium, Gyor

Hotel Jurki Dom, Bratysława

Penzion u Madony, Przerów

Na luzie, do domu

Zgodnie z planem, o poranku późna jak na nasze obecne standardy pobudka, szybkie „śniadanie” w hipermarkecie Albert (gdzie wszystkie produkty sprzedają Minionki w ramach promocji) i do pociągu. 
A tam najsympatyczniejszy konduktor świata! Chciał otwierać drzwi specjalne, dla niepełnosprawnych, byśmy mogli się wtaszczyć z rowerami przy wsiadaniu. Podziękowaliśmy, ale przy wysiadaniu skrzętnie z tego skorzystaliśmy. Zawsze to lepiej niż się przeciskać z tymi rogami na kierownicy przez wąski korytarz. Poza tym dostawał „pilne” zlecenia od koleżanek z peronów na stacjach gdzie stawaliśmy, np.: „to jest zupka do zawiezienia do Ostrawy”. I był bardzo uśmiechnięty i pomocny wobec wszystkich. W odróżnieniu od Pani z Kolei Śląskich w Chalupkach, która nawet na to, ze nie mam papierowego biletu strzelała fochem bo „ona tu nie ma zasięgu” 🙂

Sama Ostrawa, raczej niczego nie urywa. Ale o tym wiedzieliśmy po ostatniej wizycie. Szkoda tylko, ze “U Skákavého poníka” było zamknięte. Jechaliśmy w ciemno, bo co jak co ale gospoda z piwiarnią to w Czechach musi być czynna od wczesnych godzin. Niestety, otwarte od 16:00. Weekend, wypocząć trzeba a nie sprzedawać piwo i knedliki. 

Dlatego zwinęliśmy się z Ostrawy i wzdłuż rzeczki pojechaliśmy w kierunku Polski do Silherovic, gdzie kiedyś przepysznie zjedliśmy kaczkę na modrej kapuście. Niestety, knajpa zmieniła profil i serwuje tylko klasyki takie jak gulasz z knedlikami, do tego słabej jakości. „Dolni dvur” się nazywa, do zapamiętania na przyszłość by, niestety, omijać. 

W tamtych okolicach oczywiście nie ma innej możliwości, przed pociągiem trzeba pójść na piwo do „U Pepy” w Antosovicach. Kusiło by rozbić się z namiotem na tutejszej plaży dla golasów i zostać jeden dzień ale jednak zmęczenie, chęć przespania jednej nocy u siebie i na swoich warunkach oraz prognozy pogody na jutro utwierdziły nas w przekonaniu, że czas wracać. 

No to wracamy, pociągiem, który 80km pokonuje w dwie godziny, śmierdzi i jest starszy od nas. 

Do Katowic, sprawdzić co tam w polskim krafcie 🙂

Knedliki

Ostatni pełnowymiarowy dzień naszego rowerowego urlopu wypadł na trasę Bratysława-Brzecław. Sprawa była o tyle nerwowa, ze w Brzecławiu mieliśmy kupione bilety na pociąg do Przeszowa, gdzie mieliśmy nocleg. Wiec raczej przedłużenie podróży nie wchodziło w rachubę. Dlatego, bez miękkiej gry pobudka była o 06:30 by spokojnie uciec przed słońcem w południe i jak najwiecej natrząskać kilometrów nim dopadnie nas skwar. To się nawet udało bo w Brzecławiu byliśmy tak wcześnie, że bez problemu zjedliśmy genialne knedliki, popiliśmy piwa z lokalnego browaru (tym razem otwartego, „summer ale” rządzi w tą pogodę i w tych piwnych okolicznościach.)

Ale nim zaczęliśmy pedałować po drodze, trzeba było się wydostać z Bratysławy. I to był proces, którego ja totalnie nie rozumiem! Dzień wcześniej wjazd do miasta to była czysta przyjemność, wszędzie drogi dla rowerów, budki z piciem, spokojna trasa do miasta. A przy wyjeździe w innym kierunku – czysta Ukraina, zero infrastruktury, smród spalin, autobusy na grubość lakieru, koszmarne 15km. Było na tyle nerwowo, ze myśleliśmy, ze całe to wczesne wstawanie nic nam nie da i nie zdążymy na pociąg. 

Ale potem już było dobrze, co prawda wciąż wzdłuż drogi ale ruch malał z każdym kilometrem, pobocze szerokie i dość czyste, upał znowu jak cholera ale co robić, trzeba pedałować. 

No to tak pedałowaliśmy aż się nam udało dojechać na granicę Slowacko-Czeską w miejscowości Kuty. Ostatni postój u Słowaków, kolejny bar, w którym nie ma lanego piwa (!) ale jest Kofola (najlepszy izotonik na rower!) i jedzenie, które totalnie przegrywa z Czeskim (jakieś kulki z ryżu z piersią z kurczaka, raczej jedzenie które ma utrzymać czynności życiowe niż sprawić przyjemność). Dlatego pojechaliśmy dalej z pełną premedytacją, lepiej zgłodnieć i dostać nagrodę niż najeść się siena i z pełnym brzuchem jechać dalej. 

Na granicy – oczywiście stała się magia! Od razu po przejechaniu pod autostradą objawiło się miasteczko: Lanzhot. A tam zmiana klimatu o 180 stopni: piwo się leje z kranów, jedzenie w gigantycznej rozmaitości, pachnie to wszystko pięknie, kusi, chyba z pięć knajpek w samym „rynku” małej mieściny!

Nie wiem czy tak było zawsze, jeszcze za czasów Czechosłowacji ale mam wrażenie że Słowakom coś umknęło z tej radości życia „braci Czechów”. Ludzie w knajpach na rowerach, wesoła atmosfera, radość obcowania z otoczeniem z jednej strony, a jakiś taki smutek i „użytkowe” podejście do życia z drugiej. 

W Brzecławiu, po pysznym obiedzie i piwie wsiedliśmy w pociąg do Przeszowa. Godzina jazdy ichnim „elfem”, który cisnął nawet 140km/h z kilkoma przystankami i wylądowaliśmy w przypadkowej czeskiej mieścinie, która po prostu była na naszej trasie. 

A tam, impreza miejska na rynku. Piwo się leje, w winiarni nareszcie ktoś rozumie co to znaczy „pół litra”, hedonizm na całego. Spacer po wieczornej starówce, podziwianie rzeki, oglądanie ludzi – wypaśny wieczór. 

A do tego na scenie pojawiła się jakaś lokalna gwiazda, czterech wiolonczelistów z siłowni i perkusista, którzy chcą być jak Apocalliptica. Dawali radę! Lepsze to niż „Majteczki w kropeczki” w Sosnowcu 🙂

Nocleg bardzo zacny, a przede wszystkim z jedną dodatkową „promocją” w cenie! Można się wyspać do prawie dziewiątej bo rano nie trzeba już pedałować na maksa. Tylko spokojnie do pociągu i do Ostrawy! Ufff

Bratysława, czyli jak spieprzyć starówkę

Trudno się pisze z jednodniowym opóźnieniem ale wczoraj nie było czasu na pisanie wczoraj. Deficyt snu był niebezpiecznie wielki. Z racji panujących upałów i odległości do pokonania musieliśmy zarządzić w piątek pobudkę o 6:30. Dlatego teraz z pociągu do Przerowa piszę relację z podróży do Bratysławy 🙂

Z Győr udało nam się wyjechać dość szybko, bez komplikacji, szybko znaleźliśmy drogę na Bratysławę i praktycznie cały czas jechaliśmy drogą dla rowerów wzdłuż mniej ruchliwych dróg samochodowych. Pierwszy postój, dla bezpieczeństwa zrobiliśmy po 40km w mieście, którego nazwy nawet nie zobowiązuję się wypowiedzieć: Mosonmagyarovar (?). Dość sennym ale wypaśnym miasteczku, pełnym powoli snujących się turystów. Nie ważne! Było ciepło! Był cień! Było piwo! Czyli był tez odpoczynek. 

Potem już ciągnęliśmy do granicy węgiersko-słowackiej by wydać ostatnie forinty na jakieś zupki. Pogranicze wyglada dokładnie odwrotnie niż w Komarnie 🙂 Byliśmy po węgierskiej stronie ale wszyscy rozmawiali po słowacku 🙂 Miasto raczej z gatunku tych gdzie diabeł mówi dobranoc – Rajka. Za kontuarem pani, która raczej odstrasza niż zachęca do zakupów jedzenia 🙂 Ale nakarmili nas zacnie zupą cebulową i gulaszem z kluseczkami. W sam raz na dalsze pedałowanie i na ostatnie wydatki w forintach. Miasteczko: spalone słońcem, zero życia, w knajpie starszy pan przysypia nad piwem „oglądając” TV. Klimaty jak na pograniczu Meksyku z USA 🙂 lekki szok!

Potem do Bratysławy jechaliśmy już wzdłuż Dunaju, tylko z drugiej strony rzeki. Skwar niemiłosierny! Jak człowiek jedzie blisko 30km/h a termometr pokazuje nieustająco 45/46 stopni to znaczy, że jest ciepło, nie ma co! Jechaliśmy chyba wzdłuż drogi, którą kiedyś czechosłowaccy pogranicznicy wypatrywali ataku w ramach IIIWŚ ze strony Węgier, jak to w powszechnym systemie szczęśliwości i sprawiedliwości społecznej bywało. Teraz droga i asfalt na wale przeciwpowodziowym został oddany w pełni do dyspozycji rowerzystów. I plażowiczów (również nagich) którzy grzecznie tuptali do pobliskiego jeziorka. Wyglądało to tak słodko, ze gdyby nie nasz napiety grafik, na pewno byśmy zostali z godzinkę wychłodzić się w wodzie i wygrzać w słońcu, tak jak należy – bez gaci 🙂

Potem równie sprawnie dotarliśmy do naszego hotelu przy autostradzie (trochę bliżej centrum niż poprzednio). Konieczne były tylko atrakcje w stylu przenoszenie rowerów przez torowisko. Ale dostęp do miejsca spoczynku był wyjątkowo krótki i bezpośredni. 

Sam hotel – raczej z tych na wypasie, jak na nasze standardy. Co prawda przy samej autostradzie, okna się nie da otworzyć bo hałas, w nocy gorąco jak cholera ale czego chcieć więcej po całym dniu? Może tego, żeby nie płacić o 10€ więcej niż było w rezerwacji co zaśpiewała bardzo oschła pani w recepcji. Jak jej pokazałem rezerwacje z kwotą do zapłaty to powiedziała coś w stylu „Aaa… Booking.com” i policzyła nas już prawidłowo 🙂

Zwiedzanie Bratysławy oczywiście zaczęliśmy od „Hostiniec Richtar” by przypomnieć sobie jak smakuje piwo 🙂

Potem już spacer po starym mieście. I tutaj totalne, negatywne zaskoczenie! Jak można tak spierdolić miasto? Pomiędzy urokliwe kamienice, powciskane zostały plomby jak z komunistycznego koszmaru! Między starówką a zamkiem na wzgórzu wyjebana w kosmos droga niemal szybkiego ruchu, po której Słowacy zapierdzielają z lewa na prawo! Do tego po wejściu na wzgórze zamkowe panorama na ohydny most z jakimś „spodkiem” na filarze, z którego Sting czy inny Hose Felicjano ryczy na całe miasto – bo ktoś sobie wymyślił, że tak jest fajnie. Raczej koszmar! Człowiek łapie się na doznaniu „o! Jakie to piękne!” by zaraz potem zreflektować się na „o! Ale gówno za tym wybudowano”. I tak na okrągło. „Zamek piękny” ale „te samochody pod nim to jakaś masakra”. A do tego w „Craft beer cafe” zaraz przy schodach zamkowych dowiedzieliśmy się, ze tutaj się nie daje próbek piwa do spróbowania. No to niezły kraft, nie ma co! Efekt jest taki, ze nie kupiliśmy tam piwa choć ochota była. Ale po co promować takie miejsca?

Pewnie im coś napiszę na fanpage’u FB bo tylko to mają ale czy oni się tym przejmą? Przecież tam tyle ludzi siedziało…

Generalnie: Bratysława to nie jest miejsce dla ludzi, którzy chcą pochodzić po starówce i poczuć klimat starego miasta. To jest miejsce dla ludzi, którzy szukają jazgotu i bezsensownego taplania się w miejskim chaosie, z dużym dodatkiem zapachu spalin.

A o jedzeniu słowackim, to ja już łaskawie nie będę pisał. Po co? Ludzie, którzy nie wiedzą czy żywieniowo chcą być Węgrami czy może jednak Czechami. Dlatego serwują jakieś kulki z ryżu w sosie jak boeuf strogonof i czeszą za to 8€. Jedyne co mogę tu skrobnąć to: nie wierzcie, ze wprowadzenie jewro nie podniesie Wam cen!

A z totalnie innej beczki, całkowicie nie rozumiem tego fetyszyzmu pilotów do TV. Wydaje się je jak największy skarb i potem rozlicza jak ze zwrotu Świetego Graala. Jakby to miało jakiekolwiek znaczenie. 

Previous Older Entries