Wycieczka do Ai Petri
26 lip 2011 Dodaj komentarz
Jedziemy sobie busikiem własnie do pierwszego punktu naszej wycieczki. Mamy dzisiaj nastukac niemal 450km tym busikiem. Wygodny jest tylko droga już w przeciwna stronę niż do Kerczu, na zachód. A to oznacza wiecej gór wiec nie pospimy za bardzo. A szkoda bo zaczęliśmy pobudką o 6:20 ![]()
Na szczęście dzisiaj jest normalna przewodniczka. Strasznie przejeta swoją rolą opowiada nam o przyrodzie i o historii a nie o Sowietskoj Rodinie
Nawet jak się odnosi do tego co się działo w czasach Sowieckiej okupacji to robi to inaczej niż poprzedni przewodnik. Pojawia się zwrot “sowietskij pieriod” i potem wyjaśnienie co było. Na przykład likwidacja zenskiego klasztoru i stworzenie tam sowchozu, który nazywano “bezboznym”.
Teraz mkniemy w kierunku Jalty trasą po której smigaja trolejbusy na odcinku 80km. Imponujaco!! Minelismy monumentalny Czatyr-Dah i pojedziemy do pierwszego punktu wycieczki.
1) Palac Liwadijski. Najważniejsza rzecz jaka przytrafila się temu obiektowi to Konferencja Jałtańska. Dlatego całe piętro poświęcone jest temu wydarzeniu. Można sobie obejrzeć sypialnie, jadalnie, pokój dzienny Roosevelta. Można obejrzeć wiele zdjęć znanych chyba każdemu a przedstawiających trzech panów którzy dzielili powojenną Europe. Z “Polakow” można zobaczyć Bieruta. Czad ![]()
Na drugim piętrze ekspozycja dotyczy już normalnych właścicieli tego domku letniskowego – rodziny carskiej. Brakuje wyraźnie eksponatów. Większość to zdjęcia a raczej ich kopie. Ponoć car był wielkim milosnikiem fotografii. Nawet można obejrzeć jego wypasnego Kodaka z mieszkowym obiektywem i reklamy sprzętu z tego czasu. Jest sliczny portret czterech młodych Romanownych i duże zdjęcie całej rodziny zrobione niedługo przed tym jak kolejna europejska tyrania postanowiła wcielic w czyn teorie eugeniczne i dla zatarcia złych genów zabić wszystkich łącznie z małymi dzieciakami. Jedyne co zostało im na pocieszenie to beatyfikacja w 2000 dla całej rodzinki ze strony Cerkwii. Wcale bym się nie zdziwiło gdyby okazało się, ze deficyt eksponatów to również konsekwencja działań władzy ludowej, która w walce o nowy wspaniały świat tepila nie tylko ludzi ale i ich własność. Budynek się ostal
2) Aj Petri – nasz główny cel podróży! Wszystko inne to cele drugorzędne a nawet zbędne
Na początek przykra niespodzianka – stoimy w kolejce do kolejki a nie wchodzimy tak jak niektóre grupy zorganizowane osobnym wejściem. Z dobre 45-60 minut nam zeszło w tym ogonku. Jako ciekawostke można było sobie obejrzeć interesujące rozwiazanie – wielkie wentylatory do których doprowadzono wodę tak aby zamiast mieszać gorące powietrze, rozpylały przyjemną bryze. Instalacja wodno-tryskaczowa była chyba oparta na elementach normalnie służących do instalacji koncentrycznych kabli antenowych
Ot, ciekawostka. Ale bardzo skuteczna. Inaczej byśmy chyba umarli w tej kolejce.
Kolejka przerob ma niezły! Do wagonika wchodzi około 30 osób i przyjeżdża on co 5-6 minut. Potem zasuwa z prędkością 8 m/s do środkowej stacji na wysokości około 500m by z tamtego miejsca poganiani przez pracownikow i straszna kobietę która krzyczy do mikrofonu “szybciej, podawać bilety, nie zatrzymywać się” a te wrzaski mikrofon przekazuje do glosnika na jej brzuchu i z tak dziwnego miejsca docierają one do pasażerów, przesiasc się na drugi etap. Ten już wspinajac się po skale bardzo ostro zawozi nas na te 1200 metrów wzniesienia. Nie jest tak strasznie jak się spodziewaliśmy, wagoniki miękko ruszają i hamują. Przy przetaczaniu się przez poszczególne słupy trzymającej liny trochę trzęsie ale jest całkiem przyjemnie. Wagonikow nie upychaja na maksa (szok! Nietypowo) wiec każdy może sobie popatrzeć przez okno. A jest na co! Na dole morze, środkiem las, na górze lyse skały. Sielsko.
Niestety pierwsze wrażenie na górze jest zaprzeczeniem tego z wagonika. Od razu wpada się na bazar/dyskotekę z koszmaru. Na ręce stawiają ci dzikie ptaki do fotografowania, sprzedawcy jedzenia atakują jakby chcieli oddać ci własna wątrobę, a propozycje przejazdzki konnej niesie w sobie tyle negatywnych emocji co propozycje Don Corleone. Nic nie pomaga! Ucieczka, mówienie “nie”, ignorowane. Wszystko powoduje ze propozycje stają się jeszcze bardziej halasliwe i namolne. Ja rozumiem, ze to taka tradycja ale w Koktebelu czy Sudaku dzieje się to w sposób cywilizowany. Na Aj Petri miałem wrażenie ze cała góra to banda cwaniakow szukających frajerow do naciagniecia. Dlatego ucieklismy w bok… na ścieżkę wiodaca na sam szczyt góry. Na obiecane 1234 metry npm. I tam już jest cudownie! Spokój, w duzej części zacieniona wspinaczka po wyslizganych kamieniach a na końcu nagroda – tabliczka z wysokością i piękne widoki aż do samego morza. Tak można wypoczywac! Mimo tłoku jest bardzo przyjemnie. Trochę chlodniej niż na dole, ale wciąż w prazacym słońcu. Nie spieszylo nam się do rozwrzeszczanego “centrum” góry wiec pospacerowalismy jeszcze po drozce po której chodziły/biegaly koniki, które wynajmowali rozwrzeszczani; dotarlismy do wejścia do jaskini i powolnym spacerkiem doszliśmy w czasoprzestrzeni do miejsca gdzie kończył się czas wolny naszej wyprawy. Tym razem przewodniczka już nam trzymała miejsce w kolejce wiec niemal z marszu spuściliśmy się na dół. Równie przyjemnie jak w gore. Bez żadnych efektów specjalnych, których tak bała się Małżonka
3) Jaskolcze gniazdo – tym razem bez podchodzenia do niego, tylko z tarasu widokowego. I dobrze bo byliśmy tam rok temu.
4) Jałta – tu tez byliśmy poprzednio wiec bez emocji przespacerowalismy się po nadmorskim deptaku. Od Lenina do rzeczki i spowrotem. Nic się nie zmieniło. Nadal to nie jest miasto na urlop dla nas. Deptak pełen sklepów z odzieżą, brak wina na rozliw poza kilkoma podejrzanymi miejscami, plaża wąska i brudna (Pety! Wszędzie pety! Na brudnym piasku!). Nawet piwa lanego do kubkow za bardzo nie było. Pewnie miło tam jest sobie wieczorem pospacerowac ale to nie to co zatloczony deptak w Koktebelu. Gdzie w tej Jalcie zapachy jedzenia, dymu z grilla, stragany z badziewiem? Zamiast tego – sklep Adidasa. Wiemy już na 100% ze Jałta to nie jest “nasz” Krym, tak samo jak Kercz. “Nasz” jest Koktebel i tak już zostanie
Z Jalty mamy dwa wytrawne winka od Massandry – ponoć najlepszy winzawod na Krymie. Sprawdzimy.
Teraz wracamy z zabojcza prędkością do domku. Około 22:00 mamy być na miejscu. Drogi opustoszaly, kierowca zaiwania jak szalony. Jedzie z nami dziewiecioosobowa rodzinka. Cała wyposażona przez Apple
Dzieciaki maja iPody touch (ze trzy widziałem), mamusia iPhone 3G (oczywiście w fatalnym guscie ma do tego obudowe – ale tu wiadomo: im bardziej pstrokato, złoto, odpustowo – tym lepiej), a u tatusia chyba mignal mi iPhone 4. Niezły wynik jak na jedną rodzine!
Gadżetów tu generalnie jest wiele. Ciężko przyjść na plaże i nie zobaczyć kilku Kindle w rękach plazowiczow. Czasami parki mają nawet po dwa i sobie czytają na kamieniach swoje książki.
A skoro już jestem przy plaży to ważna sprawa. Miedierapan to małża. Tak wiec moja żonka wsuwa ze smakiem małże smażone na patyczkach jak szaszlyczki. Od początku tak zreszta mówiła
Spytalismy sprzedawcę co to jest miedierapan ale raczej udzielał odpowiedzi na zasadzie “koń jaki jest każdy widzi”. Używał innych niezrozumialych wyrazów choć powiedziałem mu ze my nie kumamy za dużo po ichniemu
Na szczęście sąsiad obok nam wytlumaczył trochę ręcznie pokazując najpierw wirtualną perłę na naszyjniku a potem otwierając ręce jak muszelkę. Solidarność golasów górą!!! Od tego momentu gdy mówię słowo “Małżonka” znaczy ono już coś innego niż wcześniej
Ale suszone kalmary – nie! Jednocześnie slone i słodkie, bez sensu. To już lepsze sucharki o aromacie kawioru. I sledzie w oleju jedzone nocą pod tutejsze porto !




















Najnowsze komentarze