Pozytywnie nastawieni po pierwszym dniu i jego przeuroczym finale, niedzielę zaczęliśmy od wizyty w Wąwozie Królowej Jadwigi. Skojarzenia z Korzeniowym Dołem w Kazimierzu nad Wisłą są oczywistością, bo to w sumie chyba identyczny twór. Tyle, że Korzeniowy Dół wydawał się nam przyjemniejszy ale mniej monumentalny, za to tutaj w Wąwozie było zdecydowanie bardziej naśmiecone. To zapewne pochodna tego, że jednak do Korzeniowego Dołu trzeba trochę pójść, a Wąwóz jest bardzo bliziutko. Spacer przyjemny, ciągle z pytaniem w głowie: “jak długo te drzewa jeszcze wytrzymają na takiej stromiźnie, w takiej glebie

W związku z tym, że to niedziela – nie mogliśmy wejść “z marszu” do Katedry więc wróciliśmy na rynek. Słoneczna pogoda, cieplutki wiaterek, można było usiąść i się rozkoszować. Znowu było bardzo mało ludzi, zdjęcia poniżej są robione o 12:00! Aż się wierzyć nie chce, że do tak pięknego miasta trafia tak niewiele ludzi. No chyba, że to my mieliśmy takie szczęście…



Na rynku uwagę praktycznie wszystkich przechodzących przykuwa kotwica. Nie ma turysty, który by nie podszedł do tego dziwnego łańcucha sprawdzić jak on się trzyma… Oczywiście są tacy, którzy próbują się na niego wdrapać. Wszystko wyjaśnia się dopiero po przyjrzeniu się napisowi na kotwicy: “Zakotwiczono Niebo“. Przeurocze, jak dla mnie. Z tego co czytałem sam artysta jest zaskoczony pozytywnym odbiorem swojego dzieła. Tego typu pomysły na uatrakcyjnienie miasta to ja rozumiem! Nie to co potworne głowy na rynku w Krakowie. Tutaj jest pomysł, świetne wykonanie i przeurocze przesłanie. Czego chcieć więcej?

Wygrzani na słoneczku postanowiliśmy jeszcze wskoczyć na kawę wybierając jedną z wielu kawiarenek, które zapraszały nas wystawionymi parasolami do siebie. Trafiliśmy w miejsce, w którym na ścianach królowały fotosy z “Księdza Mateusza” oczywiście. Obok przy stoliku Polka uczyła się angielskiego rozmawiając z Anglikiem po angielsku. Mówiła bardzo głośno o swoich problemach z dziećmi (była nauczycielką), Anglik jej tłumaczył coś na temat odpowiedniego podejścia do dzieci, które czyni cuda. To z tej rozmowy dowiedziałem się o Susan Boyle, tam po raz pierwszy usłyszałem nazwisko, od którego po 2-3 tygodniach nie można było się już opędzić.
Gdy nadeszła odpowiednia godzina poszliśmy do Katedry, niestety we wnętrzu był zakaz robienia zdjęć dlatego mam tylko dwie mizerne fotki zrobione z zewnątrz. Znalazłem w sieci jednak ładnie zrobioną panoramę wnętrza Katedry – można “pozwiedzać”. W kościele rzucają się w oczy malowidła przedstawiające różne sceny męczeńskiej śmierci. Przyznam szczerze, że obrazy są paskudne, ja wiem, że wtedy tak się malowało ale ja na to patrzeć nie mogłem. Tym bardziej że w trakcie malowania przy głowach kolejnych męczenników były narysowane numerki, a pod spodem opisane kto jest kto. Ja się właściwie nie dziwię, większość twarzy była taka sama
Ale pomysł z tego typu legendą – dziwaczny. Ołtarz był w remoncie, cały zasłonięty materiałem z fotografią ołtarza sprzed remontu. Podziwialiśmy więc efekt pracy porządnej wielkoformatowej drukarni
Dopiero po powrocie do domu przeczytałem, że mogliśmy tam zobaczyć “kultowe” dzieło polskiego antysemityzmu. My po prostu myśleliśmy, że czerwona kotara osłania obraz poddawany renowacji a tu takie coś…

Pora zrobiła się już na tyle późna, że trzeba było powolutku kierować się do domu. Po drodze jednak jeszcze skoczyliśmy w kilka miejsc. Na początek do zamku w Baranowie Sandomierskim. nie wiem czemu to funkcjonuje jako zamek, dla mnie to był bardziej pałac. Pięknie odremontowany, jeszcze tylko z tyłu fasada wymagała renowacji. Kto wie, może tak wyglądałby pałac w Janowcu koło Kazimierza nad Wisłą. Jakoś tak mi się skojarzyło od razu gdy zobaczyłem wieżyczki. Najbardziej uwagę jednak przyciągał nie sam pałac tylko wielgaśne magnolie przed nim. Przepiękne, niemal kolejka się ustawiała do robienia zdjęć magnolii i z magnoliami. Wielkie, białe kwiaty, ładnie pachnące na dużym trawniku – ślicznie wyglądały. Sam pałacyk bardzo ładny, wymarzone miejsce na organizacje wszelkiego rodzaju wesel i przyjęć. Oczywiście zaraz przyjechało towarzystwo weselne z młodymi i obciachową muzyką. Trzeba było się ewakuować…

Do kolejnego miejsca trafiliśmy całkowicie przypadkowo. I okazało się, że to dla nas była największa atrakcja tego weekendu. Monumentalna budowla zamku Krzyżtopór nawet w stanie ruiny robi gigantyczne wrażenie. Wejście przez bramę spowodowało, że poczułem się jak w kościele, miałem ochotę prosić innych zwiedzających o ciszę. Nie wiem co tak mnie nastroiło, może te wielkie mury, wysokie bardzo, niespodziewanie. Moja żonka-gadułka też natychmiast zamilkła i zaczęła oczyma wyobrazi oglądać gdzie siedzieli rycerze, gdzie była kaplica, kuchnia, gdzie stajnia. Chodziła i głaskała mury “rozmawiając” z nimi tak jak to ona potrafi.

Zamek jest ewidentnie wybudowany na zlecenie kogoś mocno ekstrawaganckiego. Zamek składa się z: 4 baszt (pory roku), 12 sal (miesiące), 52 pokoi (tygodnie), 365 okien (dni). Stojąc po jednej stronie i patrząc w okno widzi się drugą stronę, przez kilka kolejnych okien. Nie wiadomo po co tak to skonstruowano. Wydaje się niepraktyczne ale co miał w głowie projektant to już ciężko zgadywać. Efekt psuje tylko zadaszenie prowizorycznie zrobione z żółtego falistego eternitu czy czegoś tam. Zadaszenie spełnia swoją rolę ale szpeci jak cholera. Cały zamek ma za sobą już bardzo dużo pomysłów na renowację, jak na razie wszystkie one spaliły na panewce. A szkoda bo naprawdę jest co ratować. Chodziliśmy tam bardzo długo, bo wejść można wszędzie, brak zakazów, nakazów, zabronień jak to w Polsce tradycyjnie bywa. Chodzi się tam gdzie się da i tam gdzie się chce. Można wchodzić w piwnicy w dziury, w których stoi woda i jest ciemno tak, że nie widać własnych stóp, można wędrować górą a można też obejść zamek po zewnętrznej stronie na wałach. Wspaniała rzecz!

W Krzyżtoporze zasiedzieliśmy się tak długo, że na Pustelnię Złotego Lasu w Rytwianach mieliśmy już bardzo mało czasu. Na dokładkę ciężko było tam trafić. Albo ja jestem ślepota albo jest to trochę za słabo oznakowane miejsce.To takie mniejsze Wigry – można się tu zapisać na turnus wypoczynkowy w ciszy (SpeS – zdrowie przez ciszę), ciekawy i coraz bardziej popularny sposób wypoczynku i terapii dla pracoholików. Sam kościół wymaga jeszcze odnowienia, widać jak był piękny w czasach świetności jednak teraz wygląda na bardzo zniszczony. Ale już coś się dzieje, eremy są wyremontowane, odbudowane nawet niektóre. W planach ma być ich więcej i wtedy będzie to już wyglądało imponująco. We wnętrzu kościoła oprowadzał nas “braciszek” który sam siebie nazwał milczącym przewodnikiem, występującym w zastępstwie chorego przewodnika. Obeszliśmy całe wnętrza kościoła, nawet tam gdzie normalnie w kościele ludzie się nie zapuszczają. W podziemiach obejrzeliśmy też grobowce: Opalińskich i Radziwiłłów.

Tak “naładowani” pojechaliśmy do domu, do tej tak zwanej normalności…










